22:29

Sandomierz - miasto odkryte

Sandomierz - miasto odkryte
Do tego wyjazdu to przymierzałam się dwa lata. Jakoś nie potrafiłam namówić do niego Damiana. Argumenty, że: piękne miasto, ciekawa okolica, różne formy spędzania wolnego czasu nie trafiały. Aż wreszcie w tym roku jakoś, jakoś...
Noclegi zarezerwowałam przy ulicy Krępianki 11. Blisko centrum, aby nie trzeba było pół dnia spędzać na dojściu do kwatery. Jedziemy Kangurem, wiec dodatkowo zabieramy rowery, aby pokręcić się po okolicy. Wyjeżdżamy tradycyjnie w piątek, gdy ja wrócę z pracy (powrót z Rybnika do Katowic w piątek to wyczyn godny podróży na Księżyc). ale jakoś udaje mi się tego dokonać w szybkim czasie, pakowanie, ogarniecie domu i ruszamy. Nie autostradą, tylko drogą z Katowic na Dąbrowę Górniczą a później na Olkusz, Wolborm, Miechów, Racławice, Rogów i dalej już drogą 79 do Sandomierza. W sumie jechaliśmy ok 3,5 godziny, ale wcześniej uprzedzaliśmy, że będziemy później. Choć czy 21 to późno? W każdym razie na tyle, aby iść spać, bo czeka nas aktywny dzień. Zamawiamy tylko śniadanie u gospodarzy (gospodarz zapomniał o nim, ale nie było problemu, nawet zaproponował, ze do pokoju przyniesie... no też coś, mamy zdrowe nogi) i już ładujemy się do łóżka. Przed nami pobyt w najbardziej kryminogennym mieście w Polsce

19:39

Dzień dziesiąty. Powrót

Dzień dziesiąty. Powrót
05 sierpnia 2017r.
I następuje dzień powrotu. To chyba najbardziej jednostajny dzień - jazda, jazda, jazda. Pakuję bagaże, Damian zwija nasz materiałowy dom, śniadanie i w drogę powrotną. Najpierw Austria (tu znowu kupienie winiety), przystanek na autostradzie i rozmowy z motocyklistami.
 Suzi na stacji benzynowej 
 Włoch, który wraca z Nordkapp
Włochem, który wraca z Nordkapp, Polakami, którzy dopiero zaczynają przygodę.
II śniadanie
Damian coś wcina
Pijemy kawę - długo musiałam tłumaczyć, ze do espresso chce szklankę wody, a druga kawa ma być americana. I Austriacy wydali światu Mozarta! Chyba przez przypadek. Siadamy na krawężniku, bo stacja benzynowa ma ograniczoną ilość miejsc w kawiarni, jemy śniadanie i coś słodkiego (a to Damian poszedł jeszcze przed wyjazdem do piekarni i kupił słodkie - dla mnie rogalik).
Alpy na horyzoncie
I jeszcze kilka zdjęć i ostatnie spojrzenie na dalekie Alpy. Ruszamy. Wiedeń a później na Czechy. Droga może nie jest nudna, ale jednostajna. Wiedeń mijamy obwodnicą, nie czas na przejazd miastem. Znowu parking, odpoczynek, napicie się wody i dalej. Pogoda niezbyt - pochmurno, ale na szczęście nie pada. Z Wiedniem rozpogadza się, ale nie jest to już tak rażące ciepło. Ot - późne lato w Europie. Jedziemy sobie słuszną prędkością drogą nr 7, nie spieszy sie nam, ale i nie ociągamy.
Z miejsc, które utkwiły mi w pamięci? To okolice miasteczka Poysdorf otoczonego winnicami a i w samym miasteczku winorośl rosła niczym u nas żywopłoty. Później przejście graniczne w Mikulovie. I już Czechy. Brno, później Ostrava i Polska.
W domu jesteśmy ok 19.00. Zmęczeni, ale pełni wrażeń, z telefonami załadowanymi zdjęciami do granic pamięci. I teraz, gdy to piszę - chciałoby się pojechać ponownie.
No to za rok kolejny trip.
A tu możecie zobaczyć film z wyjazdu

22:10

Dzień dziewiąty. Wracamy do normalności.

Dzień dziewiąty. Wracamy do normalności.
04 sierpnia 2017r.
Budzimy się w upale. Jednak bywa mecząca wysoka temperatura. Nawet dla mnie. Kąpiel w zimnej wodzie (brrr), pakowanie się i żegnamy dom Dziadka. Nie narzekamy, mamy wdzięczność, ze mogliśmy spać, ale nie wiem, czy chciałbym tu być dłużej. Czekamy na naszego gospodarza i płacimy za nocleg (policzyliśmy 10 euro za osobę za noc - chyba w miarę cena). Dziadek częstuje nas jeszcze figami (nie wiem, czy wie, ze w kufrze mam spakowane dla mojej Mamy i Tamary). Damian odpala Suzi i ruszamy w drogę. Przed nami droga do Rijeki potem do granicy w Rupie. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, trochę błądzimy w Rijece, ale później już drogą nr 8 do granicy.

widok na drogę z Bufetu Anica
Kawa w Bufecie Anica i tankowanie przed granicą i potem już dalej. Już dawno zostawiliśmy za sobą krajobraz śródziemnomorski. Znowu jedziemy wśród znanych drzew, zieleń wróciła na swoje miejsce a temperatura do normy.


Granica Słowenii z Chorwacją. Plecak przed tablicą.
Granica znowu formalnością, znowu każą nam jechać bez zdejmowania kasków. mamy wykupioną winietę na autostradę (na 7 dni - 7,5 euro) i teraz już Suzi może sie rozkręcić. Autostrada do Lubjlany, korek na niej, ale to nic. Suzi przeciska się miedzy innymi pojazdami, czasami jedzie pasem awaryjnym.
plecak w pozycji zgonalnej
Znowu uzupełnienie paliwa, odpoczynek, coś słodkiego i dalej w drogę. Chcemy dojechać do Mariboru. Do autocampu Kekec.
Noooo..tak to można być na kampingu. Piękne miejsce, czyste sanitariaty, ciepła woda, kwiaty, ławki...żyć nie umierać.
Suzi na autocampie i nasz dom
Rozkładamy dom (tzn Damian rozbija namiot a ja mam urządzić gospodarstwo), a później idziemy pod Mariborsko Pohorje. Planujemy coś zjeść (Pizzeria La Cantina) a później wjechać kolejką na górę. Jednak posiłek rozleniwia nas kompletnie.
moja porcja
Gnocchi ze szpinakiem i makaron z sosem paprykowo- kurczakowym robią swoje. Zmieniamy plan i idziemy do miasteczka. Tam w kawiarni kawa i kieliszek wina.
Motocyklista jako niemotocyklista. Damian
Odpoczywamy. Chyba ilość dni w trasie daje się we znaki. Rozmawiamy, omawiamy jutrzejszy dzień. Wracamy na nocleg. Jeszcze rozmowy przy stole, czekanie na burzę i do materiałowego domu. Jutro wracamy.

20:29

Dzień ósmy. Leżing plażing...

Dzień ósmy. Leżing plażing...
03 sierpnia 2017r.
Zgodnie z wcześniejszym założeniem - dzień lenia. Noc minęła z atrakcjami. Nasz Dziadek chyba chodził w nocy i sprawdzał dom (zamknęliśmy drzwi, chyba jakoś wyczuliśmy). W nocy coś się tłukło..jednym słowem - dom Zombie.Tym bardziej, ze w ciągu dnia nie było w nim żywej duszy. Ale żyjemy, wiec nie ma się czego obawiać.
Budzi nas upał. Ogromny, obezwładniający. Korzystamy z poranka i idziemy na zakupy. Ja obżeram sie figami zrywanymi z drzew rosnących przed domem. Pycha, mogłyby rosnąć w Polsce.  Owoce, pieczywo, jogurt. Jest zbyt ciepło, aby jeść coś innego. Opychamy się arbuzem. Kupiliśmy go kawałek, ale nie jesteśmy zjeść go :na jeden raz". Zbieramy się na plażę.... Hmmm...Plaża. Malutka zatoczka, kamienista, na której trzeba znaleźć sobie miejsce aby w miarę wygodnie siedzieć.
Nasza plaża...
Tęsknie za piaszczystymi plażami Bałtyku. Dlaczego nie można pogody przenieść do naszego wybrzeża. Woda przejrzysta, ale słona niemożliwie (to tłumaczy jej czystość). Znajdujemy miejsce i idziemy sie kapać. Oczywiście w trampkach. Odpoczywamy, później znowu się moczymy. Korzystamy ze słońca i dnia odpoczynku. Ale temperatura daje się nam we znaki, mnie zaczyna boleć głowa (brak kawy, słońce), Damian też jakoś już chce zejść ze słońca. Wracamy do pokoju. Ciepło. Upalnie. Kładziemy się i przesypiamy do późnego popołudnia. Dopiero wtedy ruszamy w stronę drugiej plaży, bliżej sklepów, knajpek. Zjadamy obiad (nawet smaczny: frytki z szaszłykami z kurczaka, cena powala, ale trudno). Siedzimy na pomoście, obserwujemy wczasowiczów (grupa Polaków z charakterystycznym "przewodnikiem stada" - niski wzrost, olbrzymi brzuch...). Ja kupuje sobie słynne chorwackie lody. Może i dobre, ale porcja taka sobie. W Polsce są lepsze. Ta Chorwacja pobudza we mnie pokłady patriotyzmu o który siebie nie podejrzewałam.


Plaża, zachód słońca
Mamy możliwość zobaczenia zachodu słońca. Może nie tak romantycznie, ale zawsze coś. Później przenosimy się na ławkę nad skarpą. Rozmawiamy, obserwujemy przechodzących ludzi, odbicie poświaty Księżyca w falach morza.
romantycznie
I wiemy, że Chorwacja to raczej nie dla nas. Już jutro wracamy. Najpierw Słowenia, tam nocleg i później już od strzała do Polski, przez Austrię i Czechy. Podróż dobiega końca.

22:07

Dzień siódmy - wzdłuż wybrzeża Adriatyku.

Dzień siódmy - wzdłuż wybrzeża Adriatyku.
02 sierpnia 2017r.
Poranek dnia siódmego. I wcale nie jest to czas odpoczynku. Przed nami chyba najdłuższy odcinek trasy: najpierw drogą M20 do granicy a później już w Chorwacji 223 do drogi nr 8. To czas powrotu do domu, chcemy dostać się do Zadaru. A jeśli damy rade to jak najbliżej Rijeki. 
Jednak najpierw śniadanie w cieniu figowca, oglądanie trasy.

Figi i granaty - jak u nas jabłka i gruszki
Przyszedł do nas nasz gospodarz i rozmawiał z Damianem. Przysłuchiwałam się rozmowie, bo jednak mój angielski nie jest taki zły. Srydan zapraszał nas w styczniu, bo wówczas jego żona (nota bene nauczycielka) ma miesiąc ferii (a ja mam tylko dwa dni). Ma znajomego, który zajmuje się organizowaniem zlotów na paralotni i ogólnie - ma masę znajomych, którzy zajmują się atrakcjami w Trebinje. No nic tylko przyjeżdżać.
My jedliśmy śniadanie i bawili z miejscowym kotem. Zdjęcia,  filmik - jednak koty to wdzięczne obiekty do filmowania.


Kot gospodarzy - wdzięczny obiekt
Bagaże spakowane, ostatnie podziekowanie i ruszamy. W pełnym słońcu. W upale. Podjeżdżamy tylko do miejscowej winiarni aby kupić wina dla rodziców i w drogę.

winiarnia w Trebinje
Tak jak planowaliśmy. Przechodzimy przez trzy granice: Bośnia/Chorwacja, później Chorwacja/Bośnia. Mały odcinek wybrzeża należący do Bośni. I ponownie Bośnia/Chorwacja. ZA każdym razem podobna procedura: zdejmowanie kasków, rękawic, pokazywanie paszportów. Na szczęście - już na drugiej granicy służba graniczna machnięciem kazała nam jechać dalej. Nawet mili ci granicznicy.
Moment gdy zobaczyliśmy morze.... Po prostu wiedziałam, ze będzie za kolejnym wzgórzem. I nie myliłam się. Było. Piękne, lazurowe, bez jednej białej fali, bez jednej zmarszczki.


Adriatyk w tle
Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, najpierw Dubrownik a później reszta miejscowości nad Adriatykiem - jedne podobne do drugich. Palmy, figowce, drzewa oliwne, opuncje. I cykady które słyszymy na parkingu, gdy trzeba zatankować. Lawenda, rozmaryn.
 droga wzdłuż Adriatyku


Dubrownik i motocykliści
 drzewka oliwne
zaliczyłam zgona i obżeram się figami. woda - niezbędny element spożywczy
Wszystko pachnie, wysoka temperatura roznosi olejki dookoła. Wjeżdżamy w głąb lądu, jedziemy autostradą, ale zaczyna nam dokuczać głód. Zatrzymujemy się na parkingu...no cóż... Obliczony na wielką ilośc podróżnych a samo jedzenie... szału nie było. Jednak Chorwacja nie kocha nas zbytnio. My jej tez nie. Na parkingu rozmowa z motocyklistą ze Słowacji. On w spodenkach, podkoszulce, my w pełnych kombikach. ale to on więcej cierpi - gorące powietrze odbijające sie od asfaltu, od silnika daje popalić. W kombikach ciepło, ale można wytrzymać.
Znowu trasa, znowu autostrada. Kolejny przystanek. Duża ilosc wody, słodycze. Jakoś nie chce sie nam jeść, przynajmniej na razie.
Zjeżdżamy z autostrady i znowu jedziemy wzdłuż Adriatyku. Mijamy nadmorskie miejscowości, ludzie ida wzdłuż ulicy, kapią się w morzu. I nagle w jednej z nich Damian zjeżdża na pobocze. Na brzeg morza. Rozumiemy się bez słów. W bocznej sakwie mam kostiumy kąpielowe. Pomarańczowe pareo jako parawan a później ręcznik. Woda morska..... Nareszcie.

 tyle radości daje moczenie się w wodzie
nasza dzielna Suzi - nie wiem czy chciała się zamoczyć
Co prawda czuje się jakbym piła sól z solniczki, ale ważne, ze chłodzi sie organizm. Odpoczywamy, ustalamy co z noclegiem. I znowu na Suzi.
Nocleg.... Mówiłam już, że nie lubimy Chorwacji? No to potwierdzam. Albo trafiliśmy na ludzi, albo na miejsce nieprzyjazne. Zaczynamy szukać noclegu w mijanych miejscowościach, ale wszystko zajete. A tam gdzie wolne domagają sie ceny z kosmosu (50 euro za osobę za jeden nocleg). Pytamy na campingu (rzekomo przyjaznym motocyklistom), ale do ceny rozbicia namiotu dochodzi cena za parkowanie, za wodę za prąd - w sumie prawie tyle samo ile za hotel.I wreszcie w miejscowości Povilje natykamy się na Dziadka, który filozoficznie stwierdza - ile dacie to będzie. Jestem tak zmęczona, ze jest mi wszystko jedno.
Dom jest duzy, czas świetności ma za sobą (jakieś lata 70/80). Ale ważne, że pościel jest czysta. Woda w łazience zimna, ale trudno. Ładujemy bagaże, przebieramy się, idziemy cos zjeść. Restauracja Garfild i posiłek (jak zawsze moje paljacinki). Jutro nicnierobienie i plazing. Odpoczywamy. A teraz spać...w upale nocy.
Noc nad Adriatykiem

20:48

Dzień szósty. Z góry mapy w dół - jak poznaliśmy Momira

Dzień szósty. Z góry mapy w dół - jak poznaliśmy Momira
01 sierpnia 2017r., Sarajewo, Gorażde, Wiszegrad, Trebinje.
Pakujemy rzeczy. Poprzedni wieczór rozmawiamy z motocyklistą z Francji. Przyjechał na GS - ie. Zwiedza Europę. Ale jest emerytem (jakiś młody wiek emerytalny, albo dobrze się zakonserwował). Rano zbiera się dosć szybko. My mamy czas, nic nas nie goni. Zaplanowana trasa to Gorażde, potem Wyszgrad a później Lukomir . Ten ostatni przystanek to pomysł Damian. Ja się nie wtrącałam o marszrutę - siedzę z tyłu, plecakuję, wiec nie mam nic do gadania. Ale najpierw Gorażde. Jedziemy z Sarajewa drogą M - 5. I tuż za granicami miasta spotykamy sie z tablicą: Witamy w Republice Srbskiej. Znikają meczety, mizary. Za to pojawiają się flagi informujące, ze to już inne terytorium. No cóż - historii nie odwrócimy. Ale droga piękna, kamerka na kasku Damiana odpowiednio ustawiona, zatem możemy sobie jechać skolko ugodno. Słonce oślepia i zakładamy okulary. Te same, które kupiliśmy w Karkonoszach. Wreszcie ulga dla oczu, nie sposób było jechać z przymrużonymi i łzawiącymi. Jedziemy wąwozem, wspinamy się na zbocza - Suzi jest niezrównana i dzielnie pnie się w górę. Widok z miejscowości Pale na otaczające tereny znowu zapiera dech w piersiach. Ale nie mamy czasu, trzeba jechać dalej. I w pobliżu meczetu Dżamija Hrenovica skręcamy w drogę R448 na Gorażde. Droga jak droga - wyasfaltowana, ale bardziej przypomina drogę przez wieś. Zaczyna też wspinać się w górę, mijają nas co chwile co prawda samochody, ale jest ich znikoma ilość. Zakręt za zakrętem, ja zaczynam być przekonana, ze wpadliśmy w pętle czasu, bo na bank te drzewo, ten słup już mijaliśmy. Stale w górę, stale w górę. Rozważam opcje - Co zrobimy gdy braknie paliwa? Bo mijane domy wyglądają na raczej niezamieszkałe.
I gdy juz tracimy nadzieje, wyjeżdżamy na piękny płaskowyż/wypłaszczenie, a mi wyrywa sie podziw ze słowem baaardzo popularnym w Polsce
- O k*****... - chyba nie musze tłumaczyć, ze to największy stopień zachwytu
- to ja już nie mam pytań - dodaje Damian


No to nie mamy pytań.
Bezchmurne błękitne niebo a wokoło nas szczyty gór Dynarskich. Gdzie spojrzeć - pasma górskie. Oczywiście: zdjecia, film i co tylko. Chwila odpoczynku i ruszamy dalej. Droga własciwa, bo drogowskaz wskazuje że : tu macie jechać do Gorazde. Jedziemy. Naszym zadaniem jest tez wypatrywać tabliczki infomrujacej o polach minowych. Tzn. ja mam jej wypatrywać. Hmmm..jakoś nie chciałam w to wierzyc. Widziałam rózne tabliczki: o bohaterach I wojny o partyzantach o zwierzętach, które mogą sobie beztrosko hasach po drodze. ale charakterystycznej trupiej czaszki nie widziałam. I gdy traciłam nadzieję
- Jest!!! - krzyknęłam i postukałam Damiana po plecach (nasz sposób komunikowania się w trakcje jazdy)
- Co? - zapytał mało inteligentnie
- Jest tabliczka- już zsuwałam się z Suzi i podbiegłam do miejsca


Wyglądamy jak alieny. My z tabliczką o minach.
Damian nawrócił...Noooo pokaz w Hoolywood to nic. Tyle zdjęć napstrykalismy. Ale też widzieć taką tabliczkę "na żywca" to nie byle co. Ruszyliśmy dalej. początkowo sądziłam, ze to tabliczka pod publiczkę, ale okazało sie, ze jest ich wiecej. Gdy później przeczytałam - założenie miny przeciwpiechotnej to koszt ok 3$. Jej zdemontowanie 300$. To taniej postawić tabliczki. wchodzisz na własne ryzyko.
Zjeżdżamy do miasta położonego - a jakże - w dolinie. Świetne miejsce na ostrzał. I tak tez było 20 lat temu. Jadąc drogą natykamy się na miejsce upamiętniające stanowiska wojsk serbskich podczas ostrzału miasta (mają stronę na fcb - https://www.facebook.com/Muzejsko-memorijalni-centar-Rorovi-753841134674470/ ). Znowu historia. Znowu niedawna.


 miasto w dolinie Driny
Samo miasto nisi nazwę miasta - bohatera. Nie dziwie się. To małe miasteczka, ale ślady po wojnie jeszcze bardziej widoczne niż w Sarajewie. Nie zatrzymujemy sie jednak, tylko drogą M20 kierujemy na Wiszegrad wzdłuż rzeki Driny. Noooo...jeśli Vrbas był piękny to tutaj nie potrafię znaleźć określenia. Siedzę za plecami Damiana, nie muszę sie skupiać na drodze to mogę oglądać widoki. A jest co oglądać (muszę wymyślić sposób, żeby jechać i robić zdjęcia). I dodatkowo tunele w zboczach. Nie jakieś na 10 metrów ale tak od 500. Pięknie.

 Drina

 Motocykliści przed Wiszegradem
zawsze pojawia się wiernopoddańcze hasła
Wiszegrad wita nas swoim charakterystycznym mostem. Podjeżdżamy, aby zrobić zdjęcia a później szukamy miejsca na obiad.


most w różnych ujęciach
Podjeżdżamy do Caffe Amsterdam, ale okazuje się, ze tam można tylko wypic kawę, piwo. Jednak wychodzi nam na spotkanie sam właściciel, Momir. Mężczyzna o słusznej wadze i słusznych rozmiarów. Od razu proponuje nam abyśmy zostawili moto pod parasolem, a kaski u niego w knajpie.
Suzi odpoczywa
 Mamy się nie obawiać, bo on sam jest motocyklistą. No to ok. Idziemy zjeść obiad do Ćevabdžinica Arsići. Tam wreszcie mogę ja zamawiać i szprechac po rosyjsku skolko ugodno. A później wracamy do Momira i tu już Damian prowadzi z nim rozmowy, ja przysłuchuję się, rozumiem o czym mówią, ale wtrącam się rzadko. Reaguję, gdy Momir, stukając sie znacząco w skroń, usiłuje się dowiedzieć, czyj był pomysł, żeby jechać do Lukomiru.
- It was his idea - mówie szybko i wskazuję na Damian
- Stupid idea - Momir kręci głową

- Very stupid idea - dodaję z uśmiechem
Momir proponuje inna trasę - wrócić do Gorażde ale później kierować się na Foca, Park narodowy Sutjeska a później na Trebinje.
Damian nie jest chyba przekonany, ale dla świętego spokoju obiecuje, ze zastanowimy się w drodze. Żegnamy się z Momirem i ruszamy w drogę. Za Gorażde, przy rozjeździe na Trebinje i Sarajewo wjeżdżamy na drogę do Sarajewa. Jednak zaraz dAmian zatrzymuje się, chwila zawahania i nawrót. Jedziemy do Trebinje. Żegnaj Lukomirze i warunki hard core. Droga M20 równa jak stół i my na tym stole. Mijamy Foca, gdzie mieszkańcy kąpią się w basenach miejskich (ciepło, bardzo ciepło), wjeżdżamy w Sutjeski, tam na jednej z polan pomnik Tjentiste spomenik.  
 pomnik w oddali


a tu w parku...
Tu tez znajdujemy tabliczki z ostrzeżeniem przed minami. A otaczające nas góry są przepiękne. Rekompensują Damianowi utracony Lukomir. 
W pewnym momencie zaczyna mrugać nam rezerwa paliwa a później świecić blaskiem ciągłym. Gdy tylko można - jedziemy na tzw luzie. Widok miasteczka wywołuje w nas ożywienie. Jednak nie można żyć bez udogodnień cywilizacji. 

pumpa (stacja beznynowa) i mućki beztrosko chodzące po mieście


gdzieś przy drodze M20 - ciepło
Dojeżdżamy do Trebinje. Tu już inny krajobraz, inne góry inny klimat. Między wzniesieniami widoczne są też smugi dymu - palą się okoliczne lasy (nie dziwi mnie to - przecież to lasy piniowe, gaje oliwne - paliwa ile się chce). Zatrzymujemy się za stacją benzynową, aby ustalić, gdzie szukamy noclegu. I własnie wtedy podjeżdża do nas terenówka ze znakami straży pożarnej na "bombie". Pyta czy szukamy noclegu, bo jeśli tak to on zaprasza do siebie. Koszt 10euro za noc od osoby. Decydujemy się i jedziemy za strażakiem. I w ten sposób poznaliśmy Susica. Dostaliśmy pokój, łazienkę a nasza Suzi mogła wyspać sie w garażu. Prysznic, przebieramy sie w cywilne ciuchy i idziemy poznać miasto. 



miasto, rzeka, most i turysta
Tam poznajemy starszego pana. I to własnie wtedy możemy dowiedzieć się o wojnie domowej(znowu ja rozmawiam, bo porozumiewamy się językiem Puszkina i Tołstoja). Reasumując rozmowę ze starszym panem - wykładowcą na Uniwersytecie w Belgradzie i tłumaczem przysięgłym języka francuskiego - dawna Jugosławia miała ścisle podzieloną produkcję, każdy kanton/region zajmował się czymś co dawało wspólny, wymierny efekt. Wojna doprowadziła kraj prawie do ruiny. A wszystko zaczęło się od uprzedzeń nacjonalistycznych. Wreszcie jakieś konkretne informacje o wojnie. Żegnamy się z panem i idziemy coś zjeść (moje ukochane naleśniki - dawno ich nie jadałam). 


codzienna lektura przewodnika - chyba zna go już na pamięć
Życie w mieście dopiero sie zaczyna, temperatura osiągnęła normalny poziom, więc można wyjść i spotkać się ze znajomymi.
 Katedra Narodzin MB (czy jakoś tak)
Idziemy miedzy ludźmi, przyglądamy się. Ale musimy wracać, jutro wyjeżdżamy dalej. Urok podróży motocyklem. Dobranoc, Trebinje.

Copyright © 2016 W drodze , Blogger