20:41

Drugi dzień w Bieszczadach

Drugi dzień w Bieszczadach
Noc minęła nam spokojnie. Tzn ja spałam jak małe dziecko. Nie budziło mnie nic. A jeszcze świadomość, ze przesuwany jest czas.... no nareszcie mogłam się wyspać. Dzień zapowiadał się piękny, jeśli można mówić o pięknym dniu pod koniec października w górach. W nocy trochę poprószyło, szczyty były lekko białe. Większość mieszkańców, którzy zdecydowali się wybrać "Stajnię" za bazę noclegową, wybierało się w góry. Z mniejszym, lub większym pośpiechem. Gdy sprzątałam kubki po śniadaniu i porządkowałam kuchnię usłyszałam piekne zdanie, wypowiedziane przez jednego z przyjezdnych
- Pośpiech jest rzeczą niewskazana. Szczególnie w górach -
Nie wiedziałam jeszcze, ze są to prorocze słowa na dzisiejszy dzień.
Spakowaliśmy rzeczy do plecaków (ja też brałam, aby odciążyć Damiana), pamiętali o batonach, wodzie do picia i innych przydasiach. Kangurem pojechaliśmy do Ustrzyk a z tamtąd, drogą nr 897 w stronę Wetliny. Zatrzymaliśmy sie na parkingu, tradycyjnie - zapłacili za wstęp do Bieszczadzkiego Parku Narodowego i ruszyli niebieskim szlakiem na Wielką Rawkę.
skrzyżowanie/rozwidlenie potoków 
Początkowo szlak prowadził po w miarę równym terenie, ale później zaczęły sie schody (dosłownie i w przenośni). Nie wiem, jak dla kogo, ale dla mnie wędrówka prze bukowy las stanowi dyskomfort. Nie lubię nim chodzić, źle sie w nim czuje, źle reaguję na niego.  


 krasnoludek w bukowym lesie
No i tu było podobnie. Damian szedł swoim tempem, ja swoim. A i tak po pewnym czasie dzieliła nas spora odległość. Nie powiem - czekał na mnie. Szło się...źle. Liście bukowe, które leżały na ziemi, tworzyły dość grubą warstwę, na to spadł pierwszy śnieg. Buty dość często objeżdżały na takim ruchomym podłożu.
Nie będę ukrywała, że przeszłam kryzys (wolno mi, nie muszę być zawsze idealna i biegać po górach niczym kozica).
 Gdy wyszliśmy z lasu bukowego, trzeba było jeszcze wejść ostrym podejściem pod sam szczyt. Ale ta część trasy nie dała mi tak w kość, jak wędrówka przez las. Tutaj też zaczął dokuczać nam wiatr. Przenikliwy, zimny i wchodzący w każdą najmniejszą szczeliną pod ubranie.

 ostatnie podejście przed Wielką Rawką
 Ja w drodze na szczyt...
Wreszcie stanęliśmy na szczycie. I tu niespodzianka. Dzień poprzedni na Tarnicy była mgła, zero widoczności. Ale jakoś nie przeszkadzało nam to zrobić kilku zdjęć i nakręcić filmu. Tutaj pogoda nie pozwalała na to. Słonce przepięknie świeciło, ale wiatr nie dawał za wygraną. W planach mieliśmy przejść na Krzemieniec, a później wrócić na Wielką Rawkę, przejść przez Małą i zejść na Przełącz Wyżniańską. No i jeśli pogoda pozwoli iść na Caryńską. Jednak zrezygnowaliśmy z Krzemieńca i ruszyli na Małą Rawkę. Znowu każde swoim tempem. I każde robiło zdjęcia :)
panorama Bieszczad
 widok na Ustrzyki Górne i oszronione krzewy
panorama na Caryńska w Wielkiej Rawki 

szlak na Małą Rawkę
 krasnoludek na szlaku

 Mała Rawka, wiało niemożliwie
 ta mała kropka po prawej stronie na szlaku to ja
 zejście z Małej Rawki
 Zaczęliśmy schodzić... No.. jak dobrze, ze to nie ja ustalam trasę. Gdybyśmy szli w odwrotnym kierunku, czyli najpierw Małą, a później Wielka Rawka.. na bank usiadłabym w połowie trasy i nie poszła dalej. Nie powiem - zjechałam na butach w pewnym momencie i nie wiem jak utrzymałam równowagę. Świadomość, ze w plecaku jest aparat fotograficzny spowodowała, że nie wywróciłam się na twarz (albo inna część ciała). Ale jakoś dałam radę. Damian czekał na mnie w Bacówce pod Mała Rawką. Klimatyczna, z obowiązkowym zmienianiem obuwia i...pięknymi czarnymi kotami czarownicy.
 Krasnoludek w swoim właściwym JA - czarownica z kotem
W bacówce posiedzieliśmy trochę. Ustalili, ze jednak nie idziemy na Caryńska, bo nie zejdziemy w świetle dnia (a nie zabraliśmy latarki - tradycyjnie). Nie było to spokojne ustalanie, ale to chyba nie ma nic do rzeczy. Zeszliśmy na drogę i trzeba było wrócić do Kangura. Noooo... na równym to ja mogę narzucić tempo. I trochę poleciałam, ale później poczekałam. Nie ma sensu obrażać się o byle co.
Wróciliśmy na kwaterę. Zostało nam jeszcze trochę dnia, wiec po szybkich prysznicach wyruszyliśmy w objazd okolicy.

01:12

Pierwszy dzień w Bieszczadach

Pierwszy dzień w Bieszczadach
Obserwowanie pogody w trakcie wyjazdów stanie się chyba naszą obsesją. Wieczorem kładziemy się spać i przeglądamy pogodę na jutro. Rano wstajemy i przeglądamy pogodę. Jakaś nerwica maniakalna nas dopada. I zabawne jest to, że każda strona podaje inną wersje pogody.
Podobnie było i teraz. Z tym, że w naszym pokoju mieliśmy okno połaciowe. Wystarczyło tylko otworzyć oczy  i już widziało się jaka pogoda. Słyszało też. No cóż... słyszeliśmy, ze pada deszcz. Ale pełni nadziei, ze pogoda w górach zmienia sie niczym w kalejdoskopie, byliśmy pełni nadziei. Poza tym - jeszcze tak nie było, żebyśmy mieli brzydką pogodę w trakcie wyjazdu. No nie może tak być.
Śniadanie zjedliśmy we wspólnej kuchni. Nagle się okazało, że za nami przyjechało jeszcze kilka par/grup i kwatera była zapełniona. Wszyscy oczywiście wybierali się w góry.
Bułki w góry przygotowane (jak to bez bułek w góry), plecak spakowany, baterie w komórkach, aparacie fotograficznym i kamerze naładowane (Damian chce nakręcić film z wędrówki), zatem idziemy. Planowaliśmy iść niebieskim szlakiem na Tarnicę a później w zależności od czasu i pogody: albo przez Halicz i powrót do Wołosatego, albo do Ustrzyk Górnych i do Wołosatego.
No to ruszamy.

            Droga na koniec Wołosatego. Przebłyskujące przez chmury słońce - jest nadzieja
Idziemy na koniec Wołosatego, kupujemy bilety wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego (chyba 7 złotych od osoby -płacił Damian wiec nie pamietam dokładnej ceny) i idziemy niebieskim szlakiem

21:36

A może by tak wszystko rzucić i pojechać w Bieszczady?

A może by tak wszystko rzucić i pojechać w Bieszczady?
Już dwa tygodnie upływają od naszego ostatniego wyjazdu, a ja nic nie piszę! Stale coś. Muszę złożyć odpowiedni wniosek, aby doba trwała trochę więcej niż 24 godziny. Może 48? A może to ja nie potrafię zagospodarować swojego wolnego czasu? Nie wiem. Dość, że czeka mnie kolejny wyjazd do opisania. Zatem.... zaczynam :)
Pasmo górskie należące do Karpat. Synonim wolności, niezależności, ucieczki od świata. Ale i symbol twardego życia. Bieszczady. Góry, w których jeszcze nie byliśmy. Razem. Początkowo był plan aby jechać w długi weekend sierpniowy, ale dopiero co wróciliśmy  z wakacyjnego tripu. Potem październik - tu znowu musieliśmy być na miejscu, bo rodzice Damiana lecieli do Anglii. Zatem ostateczny termin - koniec października, 28 do 31. Ja mam wolny poniedziałek, wtorek to Wszystkich Świętych. Ogarniemy.
Noclegi...chyba jeszcze nigdy nie szukałam ich tak długo. Chciałam tradycyjnie - w cenie 35 złotych od osoby, pokój z łazienką. Noooo...można pomarzyć. Wykonałam prawie milion telefonów i ostatecznie zdecydowaliśmy się na nocleg w Wołosatem. Dodatkowym atutem była bliskość szlaku na Tarnicę
Ten wyjazd był bardzo wyczekiwany przeze mnie. Liczyłam, niczym dziecko, ilość nocy do przespania, aż wreszcie nastąpi ten wyczekiwany dzień. I wreszcie się doczekałam.
Niby mieliśmy wyjechać z Katowic jeszcze przed godzinami powrotu ludzi z pracy, ale zatrzymały nas drobnostki. Poza tym...mam zasadę, ze zostawiam posprzątane mieszkanie przed wyjazdem, bo nie ma nic gorszego niż wracać do bałaganu. Damian już to docenia, dzielnie współpracował ze mną. Lubię z nim wyjeżdżać. Wiemy, co do kogo należy, nie wchodzimy jeden drugiemu w paradę. I tak było tym razem. Ja jeszcze skoczyłam po pieczywo i oczywiście - nie zapomniałam o czymś słodkim.
Ruszyliśmy.
Z Katowic na A4, swoje odstaliśmy na bramkach, a później na Kraków, i obwodnicą dalej na Rzeszów.

 tak wygląda A4 do Krakowa z pozycji pasażerki Kangura
 przed bramkami pod Krakowem
Zrobiłam zdjęcia z trasy, bo uświadomiliśmy sobie, ze mamy masę zdjec z wyjazdów, ale nigdy z trasy, parkingów, postojów. Trzeba to zmienić. Jechaliśmy trasą wg GPS -u i może dlatego w pewnym miejscu poruszaliśmy się drogami...no bardziej niż bocznymi.
Moze mapa nie jest za dokładna, ale jest.
W sam region Bieszczad wjechaliśmy późnym wieczorem. Dlatego tez, pomimo pięknej pogody w ciągu dnia, nie mogliśmy zobaczyć widoków, jakimi zachwycają się ci, którzy wracają w Bieszczady.  Z ciekawostek: zostaliśmy zatrzymani przez patrol Straży Granicznej. Sprawdzili dokumenty (ech te angielskie prawo jazdy Damiana), ale bardziej interesowało ich, czy z tyłu Kangura mamy tylko bagaże, czy może kogoś przewozimy. Zmyliło ich to, że Damian wyciszył tył zwykła wełną budowlaną. Zrobiło się tez cieplej. 
Minęliśmy Lutowiska, Smolnik, Stuposiany. Ustrzyki z siedzibą Straży Granicznej i tam skręciliśmy juz do Wołostego. Przy drodze zauważyliśmy niezwykłą tablicę ostrzegawczą.

zdjęcie zrobione drugiego dnia, ale tablica ta sama 
Wcześniej widzieliśmy przy drodze podobną, ale z ostrzeżeniem - Zwolnij RYSIE.
No to jesteśmy w Bieszczadach. Tych najprawdziwszych, dzikich Bieszczadach, gdzie niedźwiedzie czuja sie jak u siebie.
Wołosate... ostatnia wioska przy drodze. Wioska w której skład wchodzi może 10 domów. Trochę szukaliśmy naszej kwatery (o dziwo..). Ale wreszcie zatrzymaliśmy sie na parkingu. Zastukałam do domu gospodarzy, pokazano nam pokój (mały, ale z pachnącą pościelą i czysta, ciepłą łazienką). Zeszliśmy po bagaże.
- Czujesz? To właśnie zapach Bieszczad. Tak pachną Bieszczady - Damian wciągnął głęboko powietrze. W jego głosie słyszałam zadowolenie. 
Nabrałam powietrza... zapach palonego drzewa, węgla drzewnego. No tak, przecież tutaj do dziś wypala się go w tradycyjny sposób.
JESTEŚMY NAPRAWDĘ W BIESZCZADACH!

13:46

Witamy we Wrocławiu - 14 października 2016r.

Witamy we Wrocławiu - 14 października 2016r.
Dziś zapis z wyjazdu zeszłotygodniowego. Znowu znamienna data - 14 października. No dobrze... to dzień moich urodzin. Mam wtedy wolne w pracy i można gdzieś wyjechać. Do niedawna nie lubiłam tego dnia, wręcz starałam się robić wszystko, aby był zwykłym dniem. Ale od trzech lat ponownie polubiłam. Czuję się w nim podobnie, jakbym miała 17/18 lat.
W zeszłym roku pojechaliśmy do Krakowa. I to tylko na popołudnie, wiec nie mogliśmy poszlajać się po królewskim mieście. W tym roku postawiłam na Wrocław. Byłam tam prawie dwa lata temu, po świętach Bożego Narodzenia i jakoś tez nie za bardzo wspominam.
Jedno, co mogło nam popsuć wyjazd to pogoda. Jakoś w tym roku jesień nas nie rozpieszcza. Jeszcze początek października był piękny, ciepły i słoneczny. A później pogoda zmieniła się diametralnie. Jest zimno, trzeba chodzić w kurtkach i koniecznie nie zapominać o parasolu. Ale miałam nadzieje, że 14 października pogoda będzie jak na zamówienie. I nie myliłam się. Od rana świeciło piękne słonce, jesień witała żółcieniami i czerwienią. Tylko wiał zimny wiatr i przezornie zabraliśmy ciepłe kurtki i czapki. Czapki...kto by pomyślał, ze w połowie października już założymy czapki.
Ruszyliśmy z Katowic Damianowym Kangurem (bo bardziej oszczędny, moja Kijanka chodzi na benzynie, wiec droga kosztowałaby swoje) autostradą A4. Bramki w Gliwicach i później kawa w MC Donaldzie na pierwszym parkingu z bramkami. Aby nie tracić czasu, bierzemy ja na wynos i pijemy w trakcie jazdy. Do tego dochodzą bułki, które przezornie zrobiłam na drogę. Okazuje się, że całkiem słusznie.
Nie dojeżdżamy do bramek wrocławskich, tylko zjeżdżamy wcześniej z autostrady na drogę 395. Jedziemy przez Żreniki Wrocławskie, a później już w samym mieście przez dzielnicę Krzyki (to ta słynna dzielnica zatopiona podczas powodzi Tysiąclecia  w 1997r. Później kierujemy się na centrum (tzn ja jadę, a Damian mną kieruje...hmmm... no dobrze, niech takie zostanie określenie). Szukamy parkingu, żeby postawic Kangura i spokojnie isć na miasto. Parkujemy na Szewskiej. Cena za godzinę parkowania - 6 złotych. No cóż....nie jesteśmy tu codziennie, wiec niech będzie. Na szczęście nasz parking jest blisko Rynku, wiec to jest plusem.
Oczywiście - przede wszystkim szukamy wrocławskich krasnoludków. A naszym celem jest pochodzenie po Starym Mieście, przejście na wyspy, zobaczenie mostów. Jednym słowem - spacerujemy, oglądamy, podziwiamy.
Przy wejściu na Rynek od razu natykamy się na pierwszych krasnoludków. Biedaczyska...toczą kamienną kulę (stąd nazwa - Syzyfki).
 Krasnoludki- Syzyfki
Tylko gdy przyglądamy się im z bliska nie jesteśmy pewni, czy chłopaki się dogadali. Jeden wyraźnie ja wstrzymuje.... Oj panowie, najpierw trzeba było ustalić zasady pracy.
pomagam krasnoludkom toczyć kamień 
 Pierwsze wrażenie miasta? Jest...piękne. Po Gdańsku to drugie miasto, które nas urzekło. Od razu nasuwa się pytanie: dlaczego jest takie inne? Potem próbujemy sobie na nie odpowiedzieć: inna mentalność ludzi, globalne gospodarowanie, planowanie. A może też i to, że cześć mieszkańców Wrocławia to dawni lwowiacy. Ludzie wykształceni, którzy inaczej patrzyli na zagospodarowanie swojego miasta. Z całym szacunkiem do śląskich miast... ale do nas przyjeżdżali ludzie, aby...zarobić pieniądze na kopalni.
Obchodzimy Rynek, bierzemy z Informacji mapę i ustalamy trasę marszu.

 
 Damian na Rynku. Wysyła zdjęcia do rodziców

14:00

Jazda od strzała do domu

Jazda od strzała do domu
Niedziela. Ostatni dzień nad morzem i zarazem nasz dzień powrotu do domu. Spokojnie pakujemy rzeczy, przenosimy je do innego pokoju, bo nasz bedzie przygotowywany na przyjazd kolejnych gości. My tymczasem idziemy ostatnio raz nad morze. Świeci słonce, ale jest zimno i wieje wiatr. JA nie decyduję sie na kąpiel - musiałabym się przebierać a z tym za dużo roboty. Natomiast Damian i owszem. Nawet nurkuje w falach. Odważny!


 Damian jako mors
Ale czas zaczyna naglić. Jeśli chcemy dojechać do domu, musimy się zbierać. Ostatnie spojrzenie na morze, spacer lasem. Żegnamy się z Bogdanem i Magdą - naszymi gospodarzami. Przymocowanie bagażów, sprawdzenie, czy są dobrze przytroczone, spryskanie łańcucha, odpalenie Suzi, jej charakterystyczny pomruk i... jedziemy.
Najpierw droga 502 na Nowy Dwór, później 7 do autostrady A 1. Korek na bramkach, ale tu już grzecznie czekamy w kolejce, pobieramy bilet i lecimy. Zatrzymujemy się tylko dla uzupełnienia płynów energetycznych dla Suzi i siebie i dla rozprostowania kości.
Suzi z pozycji plecaczka, który zaliczył zgon
Do domu przyjeżdżamy ok 19.30, droga zajeła nam ok 8 godzin, przy średniej prędkości 180km na godzinę.
NAsz trip trwał 10 dni. Przejechaliśmy ok 1650 km na ścigu. Trasa: Katowice - Białystok - Ruciane/Nida - Stegna - Katowice. Spalone ok.100 litrów paliwa, zjedzone milion przysmaków, zrobione dwa miliony zdjęć. Czy warto było - TAK!

12:01

Na Jarmarku Dominikańskim

Na Jarmarku Dominikańskim
06 sierpnia 2016r. , sobota
Nareszcie. Jedziemy do Gdańska. Mojego ukochanego Gdańska. Ruszamy po śniadaniu, nie przejmuję się tym, że może będzie deszcz, może będzie burza. NIE! Burzy, deszczu nie będzie. Koniec. Oczywiście - znowu na plecach mam plecak z rzeczami do przebrania. Moze Damian jeszcze dałby radę w swoim kombiku. Ja w tekstylu już nie.
- Konieczny jest zakup skórzanego kombika dla mnie.-
Ruszmy drogę na Jantar a później na prom drogą 501 do Świbna. Dojeżdżamy i już widzimy, ze nie będzie łatwo.Kolejka samochodów do promu, w niej stoją dwa moto. Turystyk i chopper. Hmmmm . Mijamy ich i ustawiamy się na początku. Czekamy na oburzenie innych kierowców, ale jakoś do niego nie dochodzi
Suzi czeka na prom
 przeprawa przez Wisłę
Panowie w puszkach mile do nas nastawieni. Podziw w głosie i zdania:
- Państwo jedziecie aż z Katowic?
- Jak się pani siedzi na tak wąskim siedzeniu?
- A pan się nie boi że zgubi żonę po drodze?
- Spróbowałbym – diaboliczny uśmiech Damiana wyjaśnia wszystko.
P
rzypływa prom, panowie obsługujący go od razu pokazują, gdzie mamy postawić naszą dziewczynkę. Inne samochody wjeżdżają i odbijamy od brzegu. Obsługa promu pobiera opłaty (10 złotych od pojazdu). 
Na drugim brzegu od razu ruszamy i zostawiamy daleko za sobą samochody. Coraz bliżej Gdańsk, już widzę wieże kościoła Mariackiego. Moje szczęście nie ma granic. Damian zatrzymuje się i sprawdza trasę. No co tu jest do sprawdzenia?! Azymut na wieże i jedziemy, a  potem jakoś będzie. Teraz trzeba znaleźć parking. Wcześniej zaplanowany, wyszukany na mapie ( przy ulicy Rzeźnickiej), okazuje sie być niedostępny. Pan o wątpliwym stanie trzeźwości tłumaczy nam, ze niestety, miejsca na parkingu nie ma ( a sam parking wielkości pół boiska do piłki nożnej zajęty przez kilka samochodów na niemieckich blachach)
- Tiaaa.... gdybyśmy płacili w euro i przyjechali wypasiona bryką, to miejsce by sie znalazło - zamruczałam, ale tak głośno, żeby pan słyszał. Chciałam jeszcze cos dodać o trzeźwości w miejscu pracy, ale machnęłam ręką - pies go drapał.

Znajdujemy parking obok Novotelu (przy drodze 501) zostawiamy tam Suzi i kombiki a sami w cywilnych ciuchach wyruszamy na podbój Gdańska. Trwa Jarmark Dominikański, podwójna ilość turystów, stragany z różnościami: rękodziełem wszelkiego gatunku, złotem Bałtyku, góralskimi ciupagami i innymi rzeczami. A wszystko po to aby wydobyć pieniądze od przyjezdnych.
My od razu fundujemy sobie po pajdzie chleba ze smalcem (tłustym - jak kto woli). To takie must have na każdym jarmarku. Szczęśliwy idziemy na Długi Targ. Teraz jest moje 5 minut. Opowiadam wszystko co wiem o Gdańsku, jego kamieniczkach, historii i ciekawostkach. Chcę się nimi podzielić z Damianem i zaszczepić w nim bezgraniczną miłość do ukochanego miasta. Oczywiście - zdjęcia pod Neptunem/Posejdonem.

 

             Długi Targ i obowiązkowe zdjecia przy fontannie z Posejdonem 
herb Gdańska, lwy patrzą w stronę Złotej Bramy
Przeciskamy się wśród tłumu. Z Damianem nie można chodzić miedzy straganami, gdy tylko zatrzymuję sie gdzieś zaciekawiona patrzy na mnie wymownie i idzie dalej (w ten sposób nie wydałam pieniędzy na kolejne kolczyki z bursztynem)

 Mariacki...i ulica Mariacka
Wchodzimy do kościoła Mariackiego (wstęp 8 złotych), pokazuję Damianowi „Sąd ostateczny” Memlinga. Opowiadam o nim. Później kręcimy się po starówce, szukamy miejsca, gdzie można by cos zjeść i napić się kawy, ale z tym jest problem. Wybieramy ostatecznie jedzenie „stoiskowe”. Tanio nie jest, ale ostatecznie to przecież Gdańsk, czas Jarmarku. 

 Mariacka zatłoczona i piękne kamieniczki w Gdańsku



 Ja na schodkach do jednej z kamienic na Mariackiej i Damian... gdzies w Gdańsku
 Nad Motławą
Ja stale napawam się Gdańskiem, bo nie wiem, kiedy znowu tu bedę. Wracamy na parking, ubieramy się i wracamy do Stegny. Jutro już powrót, nasz wakacyjny trip dobiega końca.

20:18

Spacer brzegiem morza

Spacer brzegiem morza
 Poranek wita nas w miarę pogodą - przynajmniej nie pada. Ale nasz mądrafon zapowiada na dzisiejszy dzień deszcz. Nie ma więc sensu wybierania się do Gdańska. Zostajemy na miejscu. W końcu - jesteśmy nad morzem, pogoda lekko sztormowa to najlepszy moment na wdychanie jodu. Ale też trasa przed nami dość znaczna - idziemy do Jantaru, tam obowiązkowo ryba i powrót do Stegny. No jakby nie liczyć - ok 7 km w jedną stronę lekko licząc. Ale co tam - mamy czas, spokojnie możemy iść. Na miejscu odpoczniemy i ruszamy w powrotną drogę.
Pogoda nas nie rozpieszczała. Nie było zimno, ale tez nie było słońca. Jednak nasze kurtki przeciwwiatrowe spokojnie zabezpieczały przed zimnem. Takich jak my było więcej, co chwile mijaliśmy spacerowiczów. Różnie ubranych. Niektórych zakutanych po nos, niektórych ubranych podobnie jak my. I dzieci...te maja niespożytą energię.

 
 Morze. Zawsze piękne. O każdej porze roku i w każdej pogodzie
 Spacer. obowiązkowo trampki trzymane za sznurowadła

 Szukam czegoś. A poniżej odpoczywam
Jantar z wioski rybackiej stał się trochę większą wioską wakacyjną. Jak zawsze wszędzie kolorowo i głośno. Nie ma już kutrów rybackich, tzn są ale w ilościach szczątkowych. Chyba jako atrakcja dla turystów. Zarabia się na wszystkim - przysłowiowe szwarc mydło i powidło. Nim zamówiliśmy naszą rybę obeszłam wszystkie punkty gastronomiczne aby sprawdzić co oferują. W końcu wybór padł na jeden z nich. Nie mogliśmy tez oprzeć się obserwacji turystów. Czy muszę dodawać, jak komentowaliśmy? Złośliwi jesteśmy. Wiem.
Droga powrotna już wolniej. Zmęczenie daje znać o sobie a musimy dojść do Stegny, bo trzeba zrobić zakupy na kolację. Dlatego też fundujemy sobie przejazd z plaży do miasteczka meleksem, których pełno przy plaży i oferują usługi (nie pamietam w jakiej cenie coś ok 5 złotych, może więcej).
Szybko robimy zakupy w Biedronce, która przypomina supermarket w szczytowym momencie. wszystkie kasy otwarte i przy kazdej kolejka. A ludzie robią zakupy jakby co najmniej miała wybuchnąć wojna.
Wychodzimy. Idziemy do naszej kwatery. Kolacja, a później siedzimy na dworze. Dołącza do nas gospodarz Bogdan, a później sąsiedzi z naprzeciwka. Pogadujemy jakbyśmy znali się od lat. Ale trzeba iść spać. Jutro wyjazd do Gdańska. Mojego ukochanego Gdańska.
Copyright © 2016 W drodze , Blogger