10:38

Pojawiamy się na portalach

Dziś inna informacja.
Damian dość długo namawiał mnie, żebym pisanie rozpropagowała szerzej. Dużo jeździmy, oglądamy, więc dlaczego tego nie wykorzystać.
Dlatego przerobiłam trochę tekst wakacyjnego tripu i oto jest! Opublikowali na stronie mototour.pl
Dziennik podróży...

22:27

Zakopane 2016 - niespodziewany zwrot akcji.

Zakopane 2016 - niespodziewany zwrot akcji.
W zeszłym roku. Kwiecień. 16 dzień kwietnia. Jeden z pierwszych sobotnich dni, gdy pogoda była w sam raz na jazdy na moto. Suzi dopiero co kupiona, trzeba się nią nacieszyć. Krótkie poranne ustalenia: gdzie? No to jedziemy na górę Żar. To jedziemy.
Ja z plecakiem na ramionach, bo nigdy nic nie wiadomo (a chcieliśmy zahaczyć o Słowację za Korbielowem). Droga piękna, mój tradycyjny pisk na zjedzie przed Bielskiem z drogi nr1 na S1 (zawsze tam piszczę, nie wiem dlaczego, choć ostatnio pięknie zebraliśmy tamtejszy winkiel), I już pomykamy w kierunku Żywca. Później zjazd na drogę 946 i objeżdżamy całe Jezioro Żywieckie. Obowiązkowy przystanek na zaporze w Tresnej i dalej.
Tresna, przejazd, obowiazkowe miejsce postoju motocyklistów
Góra Żar przed nami. I znowu jak za pierwszym razem na moto. Z tym, ze dziś trochę zimniej i inne moto. Suzi sprawuje się dzielnie.
Na górze Żar korzystamy z dobrodziejstw umiejscowionej tam kawiarni - ciepła herbata i miska zupy. Jednocześnie jesteśmy świadkiem oświadczyn (no różne są miejsca na oświadczyny, różne).
Pstrykamy zdjęcia, zastanawiamy się, gdzie zatrzymać się w Korbielowie, czy może jednak na Słowacji. I znowu w drogę.

 widoki znane sprzed roku
 zbiornik wodny na górze Żar
motocyklista
 Droga 945 na Korbielów. Gdy dojeżdżamy do dawnego przejścia granicznego,w oczy rzuca się transparent oferujący skorzystanie z tarasu widokowego na panoramę Tatr. No to już wiemy, gdzie chcemy zatrzymać się na Słowacji. Hmmm.... albo to była tylko podpucha, albo przegapiliśmy ten taras, bo dojechaliśmy do Namestowa a nic takiego nie przewinęło nam się przy drodze. Żaden drogowskaz, tablica informacyjna...nic. Ci Słowacy to jednak dziwny naród. Ale dość z nimi. W oddali zobaczyliśmy Tatry. Bez tarasu widokowego. Damian podkręcił manetki (oj...chyba niemądry pomysł, to Słowacja, drugie mocarstwo na świecie po USA, tu policja ważniejsza niż sam prezydent ichniejszy). Jednak Suzi musi co jakiś czas uzupełnić płyny energetyczne, potrzebna stacja benzynowa. Zatrzymujemy sie na przedmieściach Namestowa
- To może jak już jesteśmy tak blisko, to podskoczymy do Zakopanego - proponuje Damian
- Oooo, chętnie. A Suzi da radę? - jednak troszczę sie o dziewczynkę
- No wiesz...Suzi nie da rady - oburzenie jest tak jawne, że już nic nie mówię
Zatem Zakopane. Przez most do drogi 520 objeżdżamy Oravską prierhradę (jezioro przy Namestowie) i dalej na Trzcianę, Głodówke do Polski, do Zakopanego. Po drodze zatrzymujemy się, robimy zdjęcia, napawamy się nieziemskim widokiem ośnieżonych szczytów.
  

gdzieś na Słowacji (chyba Głodówka)
I jednocześnie uświadamiamy sobie, że do Zakopanego wjedziemy od strony Chochołowa, trafimy w sam środek sezonu "krokusowego".


My z Suzi i ona sama a w tle Tatry, Chochołów
Tiaaaa.... krokusy w Chochołowskiej. szkoda tylko, ze przyjeżdżający samochodami parkują miedzy nimi i nie dostrzegają ich. Czy tylko liczą się te obfocione na Chochołowskiej? Dziwny naród.
Im bliżej centrum, tym więcej ludzi. Damian postanawia, ze wjedziemy na Gubałówkę, ale od tyłu. Cokolwiek to znaczy.
Jedziemy ulicą Nędzy Kubinca, a później Salamandry. Niestety, nie da się dojechać do samej Gubałówki. Jakieś płoty blachowe i inne przeszkody. Ale nie szkodzi, po drodze mijamy łączkę, na której fioletowo od krokusów. Najprawdziwszych krokusów.
 Suzi odpoczywa
najprawdziwsze krokusy zakopiańskie
Znowu robimy zdjęcia, ale jednocześnie zaczynamy rozglądać się za miejscem, gdzie można by zjesć. Wybór pada na Górski Pałacyk. A ja wiem, co to za miejsce! Przecież tu był kręcony któryś sezon Szpilek na Giewoncie. Hmmm... no to ceny będą podwójnie zakopiańskie. Ale trudno. Zamawiamy obiad (za dwa dania i coś do picia płacimy prawie 90 złotych, ale przynajmniej siedzimy przy stole z widokiem na Giewont).
widok z okna
Trochę odpoczywamy i trzeba się zbierać. Przed nami słynna Zakopianka do Krakowa a później autostrada. Trafiamy na drogę po deszczu, więc za bardzo się nie rozpędzamy. Czuć też jak temperatura spada. Ale za bramkami w Balicach już suchy asfalt, Suzi nabiera czwartego oddechu i mkniemy do Katowic bez zbędnych przygód.
Pierwszy dłuższy wyjazd za nami. Będzie ich więcej. A jednak te pierwsze zapamiętuje się najdłużej.

20:45

Jak czeka sie na pogodę.

Jak czeka sie na pogodę.
Wczorajszy wpis o krótkich wyjazdach zmobilizował mnie do notowania i dziś na blogu. I znowu o krótkich wyjazdach. Suzi to drugi środek lokomocji, dzięki któremu możemy jeździć, zwiedzać. Wówczas nastawiamy się bardziej na przejazd, na widoki. Przeszkodą są kombinezony, kaski, rękawice. Ja czasami jeszcze mam plecak.
Ale tez ledwie robi się trochę cieplej po zimie zaraz zastanawiamy się: Gdzie jechać.
Tym razem było podobnie. Na 02 kwietnia zaplanowaliśmy jazdę.

21:25

Krótkie wyjazdy

Krótkie wyjazdy
Znowu trochę nowości na blogu: układ, zdjęcie w tytule.
Genialny pomysł Damiana: zróbmy blog - wypady na moto i jedzenie. Bo zawsze gdzieś jemy.
No owszem, jemy, ale przecież o tym też piszę,
Dziś o takim "lataniu dookoła komina". Jeździe nie za dalekiej, na jeden dzień/popołudnie.
Już trzeci raz byliśmy w Czechach, zaraz za granicą w Jaworzynce. Na ulubionej zupie czosnkowej, której wielkim fanem jest Damian. Bar pod Kympóm w Bukovcu. Świetne lokum ze wspaniałą kuchnią i przystępnymi cenami. Można płacić koronami, złotówkami (panie z obsługi od razu przeliczają po normalnym kursie) oraz kartą. Nie mogę podać linka do ich strony, bo jej nie mają.
Wczoraj zamówiliśmy tradycyjnie zupę czosnkową (do niej podają miseczkę tartego sera i miseczkę grzanek) a później słynne czeskie topinki (zapiekane kromki chleba z różnymi dodatkami).
 nasze topinki/zapiekanki

Bar nastawiony jest na rowerzystów
Na szczęście zamówiliśmy tylko jedną porcję (cztery połówki chleba), więcej nie dalibyśmy rady. Za wszystko zapłaciłam, po przeliczeniu na złotówki - 30 złotych. Nie jest tak źle. Wracaliśmy drogą na Trziniec, a później na Cieszyn. Taka..niedzielna objazdówka.
Drugim miejscem, gdzie w Czechach jeździmy to Moto - bar u Hanki w Bravanticach. Miejsce kultowe dla motocyklistów. Blisko autostrady, z dobrym zjazdem, parkingiem dla motocyklistów i nie tylko, I znowu - można płacić koronami i kartą. Przynajmniej w zeszłym sezonie. Jesienią zmienił właściciela, ale charakter pozostał. Oto jego strona. Ogólnie - Czechy jakoś bardziej przyjazne, mimo, że tamtejsza policja nie idzie na ustępstwa i nie ma z nimi dyskusji.
Valentino Rossi płakał, gdy sprzedawał tego moplika


 motocykle i motocykliści - taki lans wśród facetów
skuter w malowaniu Milky
A tu rodzaj selfie - motocyklista i jego "plecak"
Takich wyjazdów jednodniowych jest więcej. Tylko zaczyna mi brakować czasu, aby je wszystkie opisać. 

22:22

Czas powrotu

Czas powrotu
Poniedziałkowy poranek. Pierwszy dzień maja. Dla nas to dzień powrotu. Pakowanie rzeczy (tych w góry i tych "cywilnych"), śniadanie. Ale jeszcze planowanie trasy - co zobaczyć, aby w pełni wykorzystać wyjazd. Śniadanie (mniam), pożegnanie z sympatyczną właścicielką, zapewnienie o wdzięczności i ruszamy. Karpacz tętni życiem, a na pewno przyjezdnymi. Przecież wystarczy wziąć trzy dni urlopu, a ma się wolnych dziewięć. Ot... urok życia w Polsce. My jednak jedziemy w stronę Rudaw Janowickich, chcemy zobaczyć Kolorowe Jeziorka. Po drodze mijamy miliony miejsc do których obiecujemy sobie wrócić.
Dojeżdżamy na miejsce, wąska drogą pomiędzy zabudowaniami. Miejsce dość komercyjne, bo pojawiają się parkingowi kierujący ruchem i pobierający opłatę za zostawienie samochodu (ok.10 złotych). Żałujemy, ze nie jesteśmy na moto. Wtedy nie musielibyśmy czekać w kolejce samochodów. Parkujemy, wysiadamy.
Yyyyyy....gdzie ta cisza szlaków górskich?! Chyba zjechały się tu rodziny z całego Dolnego Śląska. Gwar rozmów, komentarze grymaszących turystów. A jeziorka... to dawne wyrobiska wydobywanych tu minerałów. Woda zapełniła je i zabarwiła się stosownie do danego minerału. I mimo gwaru, rozmów urzekają swoim pięknem




 Jeziorka, nie wiem, dlaczego, ale nie mam zdjęcia pierwszego
Najpiękniejsze jest oczywiście  - błękitne, dawne miejsce po wydobywaniu rudy miedzi
 Jakiś turysta...
Napawamy się widokiem, ale już wiemy, że musimy wracać. Trzeba jeszcze wyjechać na główną drogę, a nie jest to łatwe - dopiero teraz widać, ilu ludzi wpadło na ten sam pomysł. No i jeszcze dzień świąteczny. Wyjeżdżamy jednak. Po drodze ostatnie spojrzenie na Śnieżkę i.... Do zobaczenia Dolny Śląsku

21:32

Spacer w chmurach...górach

Spacer w chmurach...górach
Niedziela. Chyba coś działo się w nocy. Jestem połamana i nie chce mi się ruszyć ani ręką, ani nogą. Słysze jęk Damiana
- Jaki jestem połamany - oświadczył słabym głosem
- Oooo... Ty też, czyli epidemia - uspokoiłam się - A już się bałam że tylko ze mną źle. Ale jak Ty też masz, to znaczy, ze epidemia.
Spojrzenie mówiło wiele za siebie. Jednak trzeba wstawać, śniadanie mamy zamówione (tylko 15 złotych, bufet szwedzki), a później ruszamy w drogę. Dziś Śnieżne Kotły. Ale wczesniej chcemy podjechać do centrum Karpacza i zapatrzeć się w okulary przeciwsłoneczne. Trudno - wydamy pieniądze, ale ochronimy oczy.
Główny deptak Karpacza z widokiem na ośnieżone szczyty
Śniadanie przepyszne (mój ukochany twarożek i inne smakołyki), zbieramy rzeczy. W Karpaczu jak w Karpaczu - dużo ludzi, lans. Jesteśmy przed 10 i czekamy jak na zbawienie na otwarcie sklepu Campus. Tam wybieramy okulary firmy Arctica. Podobne do siebie - błękitne, lustrzane szkła i białe oprawki.

21:29

Długi zimowy weekend.... majowy weekend

Długi zimowy weekend.... majowy weekend
Rano budzimy się dość wcześnie, przed siódmą. Za oknem piękne słońce i to napawa optymizmem. Troche polegujemy, bo przecież za nami intensywny tydzień, ale Damian daje sygnał: zbieramy sie i ruszamy. Jak zwykle - ma już plan trasy. Mamy iść czarnym szlakiem, przez Kocioł Białego Jaru do Kopy, potem Dom Śląski, Śnieżka i zejście z niej. A następnie do Strzechy Akademickiej niebieskim szlakiem, później do Samotni i wracamy do Kościoła Wang.
Spakowaliśmy plecaki: kanapki, woda, batony energetyczne. Śniadanie zjedzone i możemy ruszać. Może wspomnę, bo nigdy tego nie robię, jak ubieramy się w góry. Zawsze zakładamy odzież thermo. Mamy z Brubecki. I teraz w zależności: Damian polar i kurtkę z goratexu, ja polar, softshell i kurtkę z membraną 500. I tak było tym razem. W górach leżał śnieg, podobnie jak w Karpaczu i trasa była dość dobrze ośnieżona.

 czarny szlak i śnieg 29 kwietnia

21:23

Majowy weekend czas zacząć

Majowy weekend czas zacząć
Jak zawsze - pomysł wyszedł spontanicznie i w ostatniej chwili. We wtorek Damian wysłał mi wiadomość, że jeśli gdzieś nie pojedziemy to on oszaleje. Natychmiast i na stałe. No cóż: boję się szaleńców, więc wolałam nie ryzykować. Drugą wiadomość, którą mi wysłał to link do strony najpiękniejszych szlaków w Karkonoszach. I w ten sposób wiedziałam, gdzie bookować noclegi. Łatwo powiedzieć. Wykonałam milion telefonów i nic... To przecież wtorek przed długim weekendem majowym. Za dwa dni ludzie zaczynają 9 dniowy urlop. Ale od czego są znajomi. Poprosiłam jednego z nich o pomoc. I metodą łańcuszkową udało mi się zaklepać nocleg w Domu Wypoczynkowym Zgoda w Karpaczu
- Dziękuję. Łukasz -
Pokój miał wynieść 50 złotych od osoby, ale udało mi się utargować do 45. Zawsze to coś. później okaże sie, ze miejscówka warta była tej ceny
NO to ruszamy w piątek po pracy, ok 17. W strugach deszczu, bez nadziei na lepsza pogodę. A mamy iść w góry. Ale jesteśmy dobrej myśli. Jeśli nie bedzie padać ulewnie - damy radę. Gdy dojeżdżamy na miejsce, czeka nas kolejna niespodzianka - śnieg.
Droga w Karpaczu ok godziny 22, 28 kwietnia 2017r.
Ale jest nam wszystko jedno. Chcemy już tylko łóżka a wcześniej ciepłego prysznica. Właścicielka czeka na nas, zaprowadza nas do pokoju, przepraszam - do małego mieszkanka. Mamy pokój - salonik i osobną sypialnię! Do tego łazienka i przedpokój. No jednak warto zapłacić taką cenę. Włąscicielka obiecuje, że jutro będzie ładnie a pojutrze bardzo ładnie. Oby jej słowa okazały się prorocze. Prysznic i spać

20:30

Dzień siódmy - czas powrotu. Good bye London

Dzień siódmy - czas powrotu. Good bye London
Ostatni dzień w Londynie. Wieczorem lot powrotny do Polski, ale jeszcze wcześniej cały dzień zwiedzania. Idziemy sami, bo Anka ma coś do załatwienia w pracy. Mamy spotkać się na mieście. Ona wraca z nami. Wstajemy, śniadanie, później pozbieranie rzeczy, upewnienie się, ze na pewno wszystko zabrane i wychodzimy z mieszkania Anki. Doładowujemy nasze karty Oyster, żeby móc sobie spokojnie jeździć. Przed nami Camden.
Weszliśmy w dzielnicę i....wreszcie jestem u siebie.
 Damian a w tle The Underworld Camden - kultowy pub
 bezdomni z psami
Camden
To własnie to co chce widzieć, zwiedzać, chłonąć. Ekstrawaganckie sklepy z kostiumami gothic, kultowe puby, artyści zarabiający na ulicach. Tak, to własnie wyzwolony Londyn.
 stroje gothic - wiele sklepów oferowało możliwość ich zakupu

zwariowany Kapelusznik
 Idziemy Camden High str. w stronę kanału, a później wchodzimy do kramów zlokalizowanych w dawnych stajniach królewskich. 

Kanał i czapka wiewiórki
gdzieś na targu...

 Elementy "końskie" na targu

Koń i ja
Kręcimy się miedzy stanowiskami z jedzeniem, próbujemy, szukamy cos dobrego. Wreszcie wybieramy kuchnie tajską.



 stoiska z jedzeniem i nasze porcje
 Damian z naszymi bagażami
R2D2
Porcja to ok 6 funtów a ledwo potrafimy ją zjeść. Chodzimy uliczkami między kramami i własnie wtedy mija mnie gość dziwnie znajomy, po chwili znowu. I nie mam wątpliwości - to Dracula z filmy Coppoli. Tzn jeden z londyńczyków ucharakteryzowanych na te postać. Postanawiam, ze jesli minie mnie jeszcze raz - poproszę o wspólne zdjęcie. Ale niestety, już więcej się nie mijamy. No cóż...hrabia unika dziennego światła. 
Czas wyjść z karmów i zbierać się do centrum. Idziemy do Primrose Hill, na wzgórze, gdzie można podziwiać panoramę Londynu.

 panorama Londynu
 A ku-ku
Szafka pocztowa
 Ci londyńczycy chyba w ogóle nie pracuje. W parku mnóstwo ludzi, korzystają z pięknej pogody. Znowu czerwone budki telefoniczne i czerwone skrzynki pocztowe (szafki pocztowe).
Spacerkiem idziemy w stronę centrum. Najpierw przez Zoo (mijamy je), a później przez Ragenst's Park do centrum. Tam umówiliśmy się z Anką w pubie obok przystanku z którego odchodzi nasz autobus na lotnisko.

Pub z zewnątrz i w środku
taki widok z okna...niezmiernie ucieszył Damiana
Kawa, herbata, pogaduchy. Przychodzi Anka i już czas aby iść na przystanek. A na nim niespodzianka...podjeżdża autobus do...Hogwartu!

ktoś otrzymał sowę
 Znowu potwierdzenie, ze seria o czarodziejach ma się dobrze i kręci się wokół niej niezły biznes. My czekamy na nasz autobus, ściemnia się. W Polsce i tak jest godzina później. Jedziemy na lotnisko. W autobusie z Damianem ustalamy i przypominamy sobie, gdzie byliśmy w minionym roku. Dużo tego, nosi nas, a na pewno ja nadrabiam stracony czas. Na lotnisku tradycyjna odprawa, ja jestem dokładnie sprawdzana, bo jak zwykle "buczę" na bramkach. Lot opóźniony, w hali odlotów masa ludzi. Nie tylko nasz samolot ma spóźnienie. Jemy posiłek w Precie. Czekamy, ja przyglądam się jak zawsze podróżnym.
Wreszcie samolot, siadamy na miejscach (każde z nas w innej części samolotu). Start. staram się zamknąć oczy i trochę odpocząć. Ktoś trąca mnie w ramię. To Damian przyszedł powiedzieć, ze siedzi obok wyjścia awaryjnego i jak chce mogę siedzieć obok. Chętnie zmieniam miejsce. Po chwili przychodzi do nas Anka. Przed lądowaniem stewardesy proszą o pochowanie wszystkich rzeczy w lukach ba gazowych. W Katowicach pada śnieg, pas jest ośnieżony. I to tak "na wszelki wypadek". Lądujemy szczęśliwie. Znowu odprawa i już przed lotniskiem. Na parkingu czeka na nas Ruda. odwozimy najpierw Damiana i Ankę, a później ja jadę do siebie. Mam dwie godziny snu i do pracy.
Zmęczona. Ale gdy ktos mnie zapyta o Londyn mogę odpowiedzieć:
- London? Yes. I was here in last year.
Dziękuję, Damian.
Copyright © 2016 W drodze , Blogger