21:37

Ostatni dzień u naszych Dobroczyńców. Białystok.

Ostatni dzień u naszych Dobroczyńców. Białystok.

01 sierpnia. poniedziałek

Chyba zbyt długo była ładna pogoda, bo poranek przywitał nas pochmurny. Był poniedziałek. Nasi Dobroczyńcy poszli do pracy, a my, razem z Sylwią, zostaliśmy na gospodarstwie. Zgodnie z obietnicą zobowiązałam się do przygotowania "śląskiego" obiadu (czyli białe kluski i "modro" kapusta). Rolad nie mogłam zrobić, bo z niedzieli został kurczak i szkoda byłoby wyrzucać.
Ale musiałam wyruszyć na poszukiwanie maki ziemniaczanej i samej "modrej" (czerwonej) kapusty. Nie powiem, ze obeszliśmy cały Białystok, ale w dwóch sklepach nie było takowej. Trudno..zrobię z białej, choć to nie ten smak.
Wracając z zakupami (jakos zawsze chodzimy razem), stwierdziliśmy, że zobaczyliśmy/byliśmy wszędzie, gdzie planowaliśmy i w zasadzie nie ma sensu zostawać tu dłużej. W zamian moglibyśmy zatrzymać się na Mazurach. Tylko musimy poszukać noclegu. No i powiedzieć o tym naszym Dobroczyńcom.
Damian coś robił w garażu (zapewne grzebał przy Suzi), ja robiłam obiad. W międzyczasie szukałam noclegu ( z mojego magicznego notesu, gdzie swego czasu wpisałam adresy noclegów na Mazurach. Znalazłam u baaardzo miłej pani Danusi . Kolejna nasza Dobroczyniąca. Ustaliliśmy cenę, termin przyjazdu i pozostało powiedziec o tym naszym Dobroczyńcom.
Ale wczesniej jeszcze obiad. Robiłam kapustę tak, jak się ją jada na Śląsku. Ale ze zostało mi jej jeszcze, to zrobiłam surówkę z marchewką i sosem majonezową - jogurtowym. Oczywiście - jak się człowiek stara, to zazwyczaj sie nie udaje - pierwsze kluski mi się lekko rozgotowały, ale drugie już wyszły takie, jakie miały byc. I chyba smakowały.
A po południu razem z Mateuszem i Sylwią poszliśmy pozwiedzać Białystok. I tak, jak potwierdziły sie nasze spostrzeżenia - to piękne i zadbane miasto. I pełne życia. Wieczorem na rynku ogródki przy kawiarniach pełne ludzi o różnym przekroju wiekowym
 Rynek w Białymstoku

 katedra, widok na wejście do pałacu Branickich

21:38

Tam, gdzie chodzą białe niedźwiedzie..... I łosie :)

Tam, gdzie chodzą białe niedźwiedzie..... I łosie :)
Nasz pobyt u Dobroczyńców miał same plusy. Nie tylko my myśleliśmy, co jest warte zobaczenia. Pomagali nam też nasi Dobroczyńcy. I dlatego w niedzielę (leniwą niedzielę) naszym celem był Augustów, a wracać mieliśmy wzdłuż Biebrzy.
Niedziela zaczęła się naprawdę leniwie. Wstaliśmy dość późno (jak dla mnie - późno, bo ok 9.00). Oczywiście - na śniadanie same frykasy: naleśniki do wyboru - z dżemem z dyni, z konfiturą z czarnej porzeczki albo z białym serem. Zgodnie z filozofią mojej Babci - w żołądku i tak się wszystko miesza - zrobiłam sobie naleśniora z wszystkim. Nie chciałam zastanawiać się, ile przybyło mi kilogramów? W kombinezon jeszcze się mieściłam, to było ważne. Po śniadaniu, po kawie i innych zajmowaczach czasu wybraliśmy się do Augustowa. Damian z Mateuszem jeszcze uzgadniali szczegóły trasy, co warto zobaczyć, jak wracać, na co zwracać uwagę. I ruszyliśmy.
Droga...bajka nie droga na Augustów. Numer 8. Szeroka, z wyprofilowanymi zakrętami, czasami po horyzont... Nic tylko jechać. Dlatego też śmigaliśmy sobie ze słuszną prędkością, mijali innych motocyklistów na rożnych blachach (nadal dla mnie atrakcyjne były blachy Finlandii i Łotwy). Kierowcy "puszek" są rózni. Niektórzy od razu ustępują miejsca, niektórzy mają ambicje.... Już przywykłam do tego. Przecież to inny zryw, inna prędkość ( jestem laikiem, ale trochę się nauczyłam). Wjazd do Augustowa już zapowiadał, ze w mieście będzie podobny korek do tego, który zastaliśmy. Zjechaliśmy na pobliską stacje benzynową uzupełnić napój dla naszej Suzi. I znowu przyglądam się spotkanym motocyklistom. I motocyklistka. Sama. Daj mi Boziu tak wyglądać...
Większosć z nich na obładowanych turystykach. Tylko my na scigu i jeden chłopak, miejscowy, który najprawdopodobniej latał w ramach rekreacji.
Jedziemy do miasta. Dzikie tłumy ludzi, bo w Augustowie ma się odbyć konkurs pływania na "Byle czym". Ale na rynku obowiązkowo - lans na ścigach. Przyglądają się nam. No przykro mi Panowie, nie będzie integracji. Przyjechały samotne wilki, co to wolą sami jeździć. Jedziemy nad kanał. Szukamy miejsca do parkowania. znajdujemy je na przystani.
I znowu urok jazdy na moto.... Załatwiamy (tzn JA załatwiam) miejsce na zostawienie kombinezonów, kupujemy bilet na rejs statkiem (katamaranem) i płyniemy spacerowo jeziorem Necko do miejsca, gdzie łączy się ono z jeziorem Rospuda.
 Przystanie nad jeziorem Necko. Większość domów ma swoja własną

 Płyniemy na szerokie wody

11:08

Ałla, Ałła, Hospadin pamiłuj... czyli zderzenie kultur

Ałla, Ałła, Hospadin pamiłuj... czyli zderzenie kultur
Wyjechaliśmy z Kruszynian. Taka refleksja mi sie nasunęła: wschód Polski kojarzy nam się z zacofaniem, może nawet biedą. A tak wcale nie jest. Może nie spotkamy tam "wypasionych" domów, które przedstawiają szalony sen szalonego architekta. Ale to co widzimy, mijamy, jest zadbane, uporządkowane i powoduje, że wyciszamy się, uspokajamy.
Wracamy do Krynek. Z ciekawostek, jakie tam można zobaczyć? Chyba najdziwniejsze rondo, na jakie wjechaliśmy.
 Tablica objaśniająca rozjazdy z ronda i nasza Suzi
W Krynkach spotykają sie trzy religie: prawosławie, katolicyzm i judaizm. Tzn. po judaizmie został tylko budynek synagogi, który już nie spełnia swoich funkcji religijnych. Podobnie z kirkutem (cmentarz żydowski). Gdyby nie tablica informacyjna, nie wiedzielibyśmy, ze właśnie tam się znajduje. Zarośnięty drzewami, trawą, pełniący funkcje wysypiska śmieci i miejsca spotkań miejscowej żulerii. 
Budynek dawnej synagogi w Krynkach
 Zwiedziliśmy też cmentarz prawosławny. Położony na wzgórzu (tam wszystkie cmentarze na wzgórzach). I znowu - przeszłość miesza się z teraźniejszością. Czuje się oddech przeszłości, różnorodności. Jakoś nie odczuwam tego, gdy zwiedzam miejsca Na Śląsku (Górnym), nawet w Krakowie (bo tam to przede wszystkim komercja i lans)

 Kaplica św. Antoniego z charakterystycznym krzyżem prawosławnym na wieży
 
  Groby na cmentarzu. i panorama Krynek

23:14

Na końcu świata i jeszcze dwa metry dalej. Ałła, Ałła

Na końcu świata i jeszcze dwa metry dalej. Ałła, Ałła
Przyjechaliśmy do Białegostoku, do naszych Dobroczynców. Wreszcie. Trzy czwarte drogi w deszczu - naprzemiennie ulewnym lub normalnym. I ta radość - mamy to za sobą, teraz ciepły prysznic, suche ubrania. Ups... no właśnie. Jakoś nie wzięliśmy pod uwagę, że kufry, które były reklamowane jako nieprzemakalne, mogą nie zdzierżyć takiej ilości wody, jaką im zafundowaliśmy. Było mokre prawie wszystko... prawie.uchowały się nasze spodenki. No cóż... Dobre i to. Na sobie mieliśmy bieliznę termo, wiec nie jest tak źle. Oczywiście - nasi Dobroczyńcy od razu przystąpili do akcji pt: ratujemy wilgotne ubrania. Pani Jola poprzynosiła wieszaki, abym mogła powiesić podkoszulki, zostałam skierowana do łazienki, która pełniła rolę pralni i suszarni. Mateusz - syn Pani Joli - przyniósł osuszacz, którego zadaniem było pochłanianie wilgoci jaka parowała z naszych ubrań.
- Swoją drogą - praktyczne urządzenie - przez cała noc wysuszyła nam się cała odzież i tylko jeansy były wilgotne na szwach -
Zabawnie wyglądało suszenie papierosów Damiana, wykorzystali do tego...suszarkę do owoców/warzyw...
Jednym słowem - poczuliśmy się jak w domu. Nawet lepiej, bo moja mama ostatnio nie robi dla mnie tego co lubię. Widocznie wychodzi z założenia, ze mam zdrowe ręce i mogę sobie to sama ugotować.
Pani Jola od razu wołała na kolację, a jej mąż pytał konkretnie: czego się napijemy. I nie miał tu na myśli herbaty, kawy czy innych napojów. Stanęło na wódce domowej roboty (wdzięczna
nazwa - Duch Puszczy) i na whisky (bleeee...jak można to pić ?)

 Hmmm...z cyklu: specjały kuchni regionalnej...ogórki małosolne...
 I zaczęły się rozmowy... Co chcemy zobaczyć, dlaczego w taki sposób podróżujemy, czym się zajmujemy, co jest ciekawe i warte zobaczenia, jak remontowali w ziemie dom... Doszła do nas jeszcze Sylwia (żona Mateusza) i tematy zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Ale trzeba było wreszcie iść spać, bo zmęczenie dawało znać o sobie.
Dostaliśmy pokój córki naszych Dobroczyńców - Madzi. Obok mieliśmy łazienkę (pokój kąpielowy, a nie łazienka). Trochę pomarudziliśmy, ale wreszcie położyliśmy się. Emocje powoli opadały, tylko Damian nadal emocjonował się drogą
- Widziałaś? Nikt nas nie wyprzedził! Nikt nie dał nam rady! - jego zadowolenie w głosie było tak jawne, ze nie sposób było się uśmiechnąć - Wszystkich wyprzedziliśmy, niczym na moto GP.
- Taaa.... nawet nam objechało koło na wysokości Zambrowa i byśmy poszli ślizgiem w tym deszczu - zauważyłam
- Och, nie tylko tam...-prychnął Damian - Ale opanowałem to. Jechałaś ze mną, a nie z kimś innym.
Ech...ta adrenalina w męskim wydaniu, to ambicyjne podejście.... Ale i ona z czasem opada i sen przychodzi do każdego. Do nas tez przyszedł

30 lipca, sobota

Zawsze jest tak, że gdy chcemy dłużnej spać, to budzimy się wcześnie. Tak było i tym razem. Nie wstałam co prawda bladym świtem ok godziny 5.00, ale już w okolicy 7 otwarłam oczy. I wiedziałam, ze jeśli obudzę Damiana , to zrobi mi pierwszą w życiu nieziemska awanturę z cyklu: Czy Ty nie możesz dłużej pospać?
Dlatego tez odwróciłam się na drugi bok z myślą: "Nie myśl, nie myśl...jeszcze można pospać" i zasnęłam ponownie.
Następne otwarcie oczu miało miejsce o przyzwoitej godzinie. Co więcej... nie tylko ja je otwierałam. Nooo to można pogadać... Jednak świadomość, ze nasi Dobroczyńcy też już wstali (bo przecież słyszymy ich, słyszymy ich rozmowy) nie pozwoliła nam na leżenie zbyt długo.
Rytuał mycia, ubierania i schodzimy na śniadanie. I znowu królewskie jedzenie, płatki owsiane na mleku (mniam, uwielbiam), herbata, kanapki, a później kawa i sernik z dżemem z czarnej porzeczki (domowej roboty). Pani Jola objaśnia mi gdzie co jest i nakazuje czuć się jak w domu. Niczym się nie krępować!
- Doprawdy... jak w tym cynicznym świecie uchowali się ludzie o tak dobrym sercu? -
Chłopaki (Mateusz i Damian) od razu znajdują wspólny język (Co jest niezwykłe, bo Damian w kontaktach z ludźmi nowopoznanymi jest baaardzo zachowawczy i trzeba trochę czasu, nim czuje sie swobodnie. A tutaj od razu - tadam... jakbyśmy znali naszych Dobroczynców od wieków). Zabierają się za reanimacje laptopa - wystawiają go na słońce, aby wysuszyć krople wody, które dostały się pod matryce ekranu. A pózniej ida do garażu i doprowadzają Suzi do błysku. I nie tylko. Dokręcają jakieś linki, robią coś z gazem, sprzęgłem. Czekałam, aż rozkręca ja na części, a później poskładają. Byli bliscy tego. A później stwierdzili, ze trzeba ja sprawdzić i zrobić rundkę techniczną. Damian wyjątkowo usiadł na siedzeniu pasażera (plecakuje)
- Jak Ty utrzymujesz tutaj równowagę? -woła do mnie, bo Mateusz już dopalił Suzi.
Ale ruszyli i za parę chwil byli z powrotem 
- Podziwiam Cię, że potrafiłaś wytrzymać tak długą trasę z tyłu - powiedział Damian do mnie, gdy zsiadł z moto - Faktycznie, muszę pamiętać, ze wiozę Ciebie a nie kartofle.
Ale już Pani Jola woła na obiad, zrobili razem z Panem Wieśkiem dla nas babkę ziemniaczaną. Zjadamy ją i zbieramy się w drogę. Przed nami droga na Supraśl, a później na Krynki i docelowo - Kruszyniany.
Wyruszyliśmy z Białegostoku drogą 676. I tutaj słów kilka na temat dróg.... Może gdzieś trafiają się szutrowe, ale większość z nich jest wyremontowana z piękną nawierzchnią, poboczem i często ze ścieżką rowerową. Taka też jest droga do Supraśla a później na Krynki. I już od Supraśla zauważamy mieszanie się kultur, religii. Przy drogach stoją nie tylko krzyże katolickie ale i prawosławne. Można? Można
Jedziemy do Kruszynian. To wioska w której większość stanowi ludność muzułmańska. To potomkowie Tatarów, którzy otrzymali tutejszą ziemię od Jana III Sobieskiego za udział w wojnach prowadzonych przez Rzeczpospolita w XVII wieku. Czytałam o nich przed wyjazdem i koniecznie chciałam tam pojechać. Nie dodam, ze to spotkanie z islamem. 
I faktycznie, Kruszyniany są...na końcu świata i dwa metry dalej. To malownicza miejscowość, z charakterystycznymi domami, zadbanymi i takimi..innymi.



 Kruszyniany, u góry nasza Suzi a ponizej - droga z pozycji "plecaka"

21:59

Jedziemy na wakacje....w deszczu.

JEDZIEMY...
No to jedziemy. Wyruszyliśmy z Katowic ok 11. Mieliśmy przed sobą ok 500km drogi. Najpierw w kierunku Częstochowy, później przez Tomaszów do Warszawy i stamtąd już drogą nr 8 do Białegostoku.
Suzi spisywała się dzielnie. Dwa kufry z tyłu, jeden na baku, plecak na moich ramionach a w nim aparat fotograficzny i laptop.... Bo niestety...nie udało się uwolnić od pracy. Przynajmniej od odpowiadania na zlecenia.
- Pamiętaj - stanęłam przed Damianem - Wieziesz mnie, a ja mam plecak z laptopem. Twoim laptopem!
- Wiem - odpowiedział zrezygnowany - Wiozę Ciebie, a nie kartofle
Zawsze przypominam to przed wyjazdem. Skutkuje.
Ruszyliśmy. Ruch był taki sobie, jak to w piątek w południe. Pogoda.... no z nią było różnie. Wyjeżdżaliśmy przy ładnej pogodzie, ale im bliżej Częstochowy, tym na horyzoncie gromadziły sie czarne chmury. No cóż...burze w lipcu to nie jakiś ewenement na skalę światową - damy radę.
Wjeżdżamy do Częstochowy. I tu zaczynają się komplikacje. Korek. Wg Damiana - to miasto jest stale zakorkowane. No ja też miło nie wspominam tego miasta. Swego czasu, gdy jechałam do Malborka, to wpakowałam się w takie kretyńskie objazdy, ze parę godzin straciłam, nim wjechałam na właściwa trasę. Teraz jednak jedziemy na ścigu - samochody w korku stoją, ale my jedziemy między nimi. Urok moto.
Kierowcy jak kierowcy - jedni ustępują miejsca inni nie. Ale nie ma się czym przejmować, ważne, ze jedziemy. Wkrótce ukazuje się, że jest wypadek, podobno śmiertelny, droga zablokowana i jest objazd. No to jedziemy objazdem. A chmury coraz większe i coraz bliżej.
Wreszcie wyjeżdżamy na właściwą trasę. Na światłach stoi tir ze zmiażdżoną kabiną od strony pasażera, z rozdartą plandeką. Nie wiem, co się stało, że samochód tak wygląda. Ale zostawiamy go za sobą i mkniemy dalej. Tylko ze równocześnie z nami mknie deszcz i burza. zatrzymujemy się pod wiaduktem, chcemy przeczekać deszcz, a przy okazji zjadamy kanapki. Ja wysyłam smsy do naszych mam - wszystko Ok, żyjemy, jedziemy. Deszcz przechodzi, ruszamy. Tiaaaa..... tylko, że jedziemy w tym samym kierunku , w jakim przesuwa sie chmura. Doganiamy ją i jedziemy w deszczu. Damian zjeżdża na pierwszą z napotkanych stacji benzynowych. W kufrze na baku mamy kombinezony przeciwdeszczowe i teraz czas, aby je założyć. Ja swój przytomnie kupiłam dzień wcześniej. I teraz dziękuję, że to zrobiłam.
I od tego momentu jedziemy w deszczu... Co chmura nas odejdzie, to my ją doganiamy. Apogeum osiągamy na obwodnicach Warszawy a później na drodze nr8 na wysokości Zambrowa. W pewnym momencie mam wrażenie, że ten deszcz się do nas przyczepił, że nie będzie już słońca. I ogólnie - nasze wakacje upłyną pod znakiem wody.
A Damian, jakby w niego coś wstąpiło... jedzie szybko. Mijamy po drodze innych motocyklistów. Czytam ich blachy - Estonia, Litwa, Finlandia, Szwecja, Norwegia... Dla mnie prawie egzotyka. Bo u nas, na Śląsku takie rejestracje są niespotykane. No i ambicjonalne podejście Damiana - przecież nikt nie może jechać przed nim.
I gdy już straciłam nadzieję na poprawę pogody na horyzoncie pojawiło się bezchmurne niebo. Niebo, które się przybliżało do nas. Zatem jest nadzieja !!! Do Białegostoku wjeżdżaliśmy przy pięknej pogodzie. Same miasto wywarło na nas mocne wrażenie. Szerokie, przestronne, z czytelnym oznakowaniem, czyste. Takie... no trudno mi to nazwać. Dość, że wywarło na nas jak najlepsze wrażenie. Zatem - będzie dobrze.
Bez problemu, przy pomocy GPS, podjechaliśmy pod dom naszych Dobroczyńców. Już na nas czekali. Od razu zajęli się nami, naszym przemoczonym bagażem (przemokło nam wszystko w kufrach, a w plecaku laptop...pływał (na szczęście nic się nie stało poważnego). Jednak pierwsze spotkanie z naszymi Dobroczyńcami i cudowne wrażenie, jakie na nas wywarli sprawiło, że te wakacje zapowiadały się ciekawie.

21:23

Wakacje - czyli jak doszło do wyjazdu

Wakacje - czyli jak doszło do wyjazdu
Czas mija nieubłaganie. Jakoś nie mam chwili usiąść i pozapisywać wszystkiego, co miało miejsce. A dość sporo się wydarzyło. I to nie tylko od ostatniego wpisu, wcześniej tez. Ale będą to wpisy jednotematyczne/jednorazowe...no może podzielę je na dwie cześć. Jednak teraz przechodzę do wyjazdu wakacyjnego.
Nim do niego doszło, mieliśmy wiele pomysłów/planów: Ukraina, Rumunia z Bułgarią, Słowenia, Serbia, później znowu Ukraina, Rumunia. Ale jakoś bez przekonania. I pewnego ranka, gdy rozmawialiśmy leniwie po przebudzeniu, nagle stwierdziliśmy, że:
 - nie byliśmy w ogóle na Podlasiu, Mazurach
 - Damian była daaawno temu w Gdańsku a w ogóle nie był nad morzem w okolicy Jantaru/Stegny.
 - Przecież Polska jest też ciekawa i warto zobaczyć te rejony
Zatem decyzja zapada - nie jedziemy zagranicę, tylko w Polskę. Drogi znane, na moto śmigniemy i połączymy przyjemne z pożytecznym.
Teraz trzeba było tylko ustalić trasę.... I tu wyjątkowo ja mówiłam, co zobaczyć i gdzie.
Wybór padł na Białystok. To była nasza baza wypadowa. Dlaczego? Bo w Białymstoku mieszka koleżanka mojej mamy, Pani Jola Rzepiejewska z mężem Wiesławem, która już kilkakrotnie zapraszała ja do siebie. Zapytałam moją rodzicielkę, czy zadzwoniłaby w naszym imieniu...jeden telefon i.... Oczywiście, przyjeżdżajcie, czekamy.
No to jeden nocleg mamy. Teraz drugi. Obdzwoniłam cały Jantar, wykonałam milion telefonów. I nic. Zrezygnowana poszukałam kwatery w Stegnie. I na chybił trafił - wybrałam lokalizację na końcu miejscowości (na początku, jeśli jedzie się od strony Jantaru), przy ulicy Powstańców Warszawy 49b u sympatycznej Magdy i Bogdana . Cena 35 złotych od osoby, Magda obiecała ręczniki (jedziemy na ścigu, więc ilość bagażu ograniczamy maksymalnie).
Teraz pozostał tylko termin. I tu były lekkie schody - ja miałam urlop, ale Damian musiał tak poorganizować sobie pracę, żeby wszystko podpinać i nie mieć większej przerwy w usługach. Wstępnie ustaliliśmy, że ruszamy 30 lipca (sobota). Ale jakoś tak się podziało, że już piątek 29 lipca był luźny i zapada decyzja - jedziemy.
Spakowane sakwy bagażowe, kanapki przygotowane - JEDZIEMY.

13:06

Wracamy w góry w wielkim stylu. 09 lipca 2016r. - Diablak (Babia Góra)

Wracamy w góry w wielkim stylu. 09 lipca 2016r. - Diablak (Babia Góra)
Po wyjazdach i krótkich trasach "dookoła komina" na moto, czas na relację z wyjścia w góry. Ja byłam już wcześniej,na początku maja, gdy Damian pojechał na szkolenie do Włoch. Ale tak mniej więcej od końca czerwca uruchomił się u nas "wędrownik górski". Nie wiem, jak Damiana, ale ja byłam już w takim stanie, że byłam gotowa jechać prosto z pracy do Ustronia, wejść na Czantorię i przejść się dowolnym szlakiem. Albo po prostu posiedzieć i zejść na dół. To by już było wystarczające.
Ustaliliśmy, ze w sobotę jedziemy na Babią. Tylko..wszelkie możliwe aplikacje pogodowe wskazywały na to, ze w sobote będzie padać deszcz, będą burze. Jednym słowem - aura broniła się na wszelkie możliwe sposoby, abyśmy nie zrealizowali swoich planów. Ale o dziwo, sobotni ranek okazał sie słoneczny, zatem szybka męska decyzja - jedziemy.
Oczywiście- trasa do Zawoi i sama trasa w góry to nie moja działka. Ja miałam tylko zrobić bułki. Bo jak to - w góry bez bułek? Zatem bułki, plecaki woda, polary i kurtki i ruszamy. Droga z Katowic na Tychy, później na Bielsko. Niby słonce, ale nad bielskimi Beskidami formowały sie chmury deszczowe. I tak tez było. Gdy zjechaliśmy na drogę do Żywca, zaczął padać deszcz. Ale była to tylko chmura, która przeszła sobie spokojnie po wylaniu odpowiedniej ilości wody Jechaliśmy do Zawoi (jedna z najdłuższych wiosek w Polsce) i  stamtąd na Przełęcz Krowiarki. Ruszaliśmy właśnie z Krowiarek. Hmmm... trochę mnie te Krowiarki zaskoczyły, bo pamietam je jeszcze jako zwykła polanę, z szałasem pasterskim (gdy byłam młoda piękna i szalona to w nim nocowałam, bo do Krowiarek trzeba było iść z buta, a wybrałam się na Babia po pracy - ok 16 wyjeżdżałam z Katowic PKS-em). Teraz Krowiarki to... parking, na którym handluje się oscypkami, pamiątkami i gdzie płaci sie za wstęp na teren Babiogórskiego Parku Narodowego. Zapłaciliśmy 5 złotych od osoby i ruszylismy niebieskim szlakiem w kierunku schroniska na Markowych Szczawinach.
mapka trasy
 Niebieski szlak to droga. No dobrze..nie droga, taki leśny dukt. Szło sie przyjemnie, temperatura nie była za wysoka. W sam raz na wędrówkę w góry. Mieliśmy polary, ale musieliśmy je zmienić na kurtki przeciwdeszczowe, bo zaczął padać deszcz.
Wiedziałam, że Babia to kapryśna góra i nie zawsze pozwala zobaczyć panoramę ze swojego szczytu. Ale jakoś nie przejmowałam się tym. Jak dotąd tylko Klimczok nie był dla nas łaskawy.
Zdjecia robił Damian. Dodatkowo miał wgrana aplikację (ech Ci faceci - zawsze jak dzieci, tylko zmieniają zabawki), która pokazywała jak idziemy, jaki jest czas przejścia i różnica wzniesień. Fajna aplikacja, która dopiero pokazała swój urok po zakończeniu wędrówki.


Niebieski szlak z Krowiarek do Markowych. Ja na szlaku
 Schronisko za drzewami
Schronisko na Markowych było naszym miejscem chwilowego odpoczynku. I znowu lekkie moje rozczarowanie. To było inne schronisko, niż tamto, które zapamiętałam. Tamto było jakieś bardziej...górskie. A to już trąciło komercją. Ale nie można pogrymaszać tylko brać to co dają.  
 schronisko na Markowych
 Jakiś..budynek
Turysta, dziwnie znajomy
W schronisku tradycyjnie - herbata z cytryną, coś do zjedzenia, chwila odpoczynku i ruszamy na Babią. I wtedy zaczęły się schody. Dosłownie i w przenośni. Damian wybrał czerwony szlak, który piął sie dość stromo. Dla ułatwienia turystom - ktos ułozył kamienie, aby lepiej/łatwiej było sie wspinać. Nie wiem, czy lepiej, bo w pewnym momencie stanęła zrezygnowana i stwierdziłam:
- Idź, nie dam rady.
- Dasz. Zawsze dajesz. Przypomnij sobie Grześ i Rakoń - Damian potrafi już motywować
No dam radę. Pewnie, że dam. I ponownie rozpoczęłam wędrówkę.
I warto było. Widok ze szlaku, a później z przełęczy Brona rekompensował wszystko.
 początek czerwonego szlaku
schody w górę
udokumentowanie, ze to naprawdę czerwony szlak

Schody, panorama ze schodów, turysta dziwnie znajomy... :)
 Ja na schodach.... chyba pokazuję język Damianowi.

Panorama w trakcie wędrówki
Widok z przełęczy Brona
Tu chwila odpoczynku, robimy zdjęcia, odpoczywamy. Zjadamy po kawałku czekolady i ruszamy w dalsza drogę. Teraz wchodzimy w pasmo kosodrzewiny. Czyli jakby nie było - można porównać to do wędrówki w Tatrach (Babia to przecież drugi co do wysokości szczyt w Polsce). 
I znowu schody kamienne i sciezka w kosodrzewinie. Zaczyna sie robić tez zimniej. Zaczynamy żałować, ze nie mamy czapek, Damian dłuższych spodni, ja rękawiczek. Ale to właśnie Babia - nieprzewidywalna pogoda.

 znowu kamienne schody..

w oddali cel wędrówki i znowu turysta, za bardzo mi się plącze... 

Mała Babia
Ale Babia już jest widoczna, nawet dobrze sie wchodzi, wiec nie jest źle. Dla odpoczynku, wyrównania oddechu można sie zatrzymać, popatrzeć na panoramę, która naprawdę - zapiera dech w piersiach. Tym bardziej: w dolinach świeci piękne słonce, miejscami są zachmurzone miejsca. Widać to dokładnie, aż po horyzont.

z boku jakiś krasnoludek na trasie... a nie, to ja :)

Idąc na Babią przechodzi sie przez różne "wersje" gór: las, kosodrzewina i wreszcie pustkowia.Tzn. nie są to typowe pustkowia, bo jak widać na zdjęciach poniżej -roślinność jakaś istnieje, ale dochodzą do tego skały, kamienie.
Delikatne kwiaty dzwonków. Jednak przyroda pokazuje, ze można żyć w takich warunkach.
 
W oddali Babia - jeszcze nie wiem, co mnie czeka..
Szczyt Babiej - to już tylko głazy, kamienie
Jak na mój lęk przestrzeni, szło mi sie dobrze. Nie przerażały mnie strome zbocza, widok Perci akademików. To było daleko i nie dotyczyło mnie. Scieżka na szczyt wiodła tak sobie, łagodne nachylenie, wiec nie było źle. Do czasu...
Pisałam, ze mam lęk wysokości i przestrzeni? No wiec właśnie ujawnił sie przed szczytem.
 Gdzieś na trasie ;)
Szczyt Babiej - tu trzeba wejść, nie ma innej opcji. To tu dostałam ataku panicznego lęku
 Krasnoludek..tzn ...Ja. Gdy wiem, że zaczyna paraliżować mnie strach.
Pierwszego ataku strachu dostałam, gdy byłam w liceum. Na Trzech Koronach. Ale sadziłam, ze od tego czasu już mam z tym spokój. Przeliczyłam się. Na Szczyt Babiej trzeba wejść po zwalisku kamieni, głazów. Wiatr wiał tak, ze miałam wrażenie, ze mnie zdmuchnie (na następny raz biorę do plecaka worek cementu - będzie obciążenie). Wokół mnie przestrzeń, nigdzie oparcia. No i się zaczęło...
Damian nade mną dwa metry, raczej nie słyszy co się dzieje. Dopiero, gdy się odwraca co jakiś czas, widzi - że dzieje się źle.
- Nie wejdę...nie potrafię. Boje się - łzy idą same z siebie, choć mówię to raczej spokojnie. Zamykam oczy, żeby nie widzieć przestrzeni.
- Dasz radę, zawsze dajesz - uspokaja i mobilizuje mnie
- Tym razem nie dam. Boję sie. Spadnę..
Damian schodzi do mnie, podaje dłoń, ja robię dwa kroki, staję obok niego.
- Dasz radę - powtarza. Staje za mną
I wtedy jest lepiej. Świadomość, ze ktoś jest za mną, ze nie ma pustej przestrzeni jest podbudowująca.
Wchodzę na szczyt. Babia Góra zaliczona!





potwierdzenie, ze zdobyłam szczyt


Na Babiej jest ustawiony głaz w formie stołu/ołtarza. Siedziałam na nim i czułam się jak wiedźma,
która ma za chwile zostać poświęcona w ofierze
A tak w ogóle - to nasze pierwsze wspólne zdjęcie



Jedno z piękniejszych zdjęć. Do dziś nie wiemy, które z nas go zrobiło.
Dla takich widoków wchodzi się na szczyty

Gdy opadły emocje z moim strachem, cześć medialna została zrealizowana, trochę odpoczęliśmy, zabraliśmy sie w drogę powrotną. Ta już nie była aż tak atrakcyjna. Ścieżka ułożona z kamieni, kosodrzewina, później las. Schodziliśmy przez Sokolicę, ale i ta nie wywołała w nas wielkiego zachwytu.

I znowu krasnoludek na trasie...tzn ja.
Schodziło się szybciej, choć i tak schody które mają być ułatwieniem dla turysty, są jego utrapieniem. Schodzi sie zazwyczaj na te samą nogę, co jest lekko męczące. Ale dotarliśmy do Krowiarek a potem juz tylko droga do domu
Co mas nauczyła ta trasa? 
Hmmm góry zawsze czegoś uczą. Współpracy, zaufania, pomocy innym. Ja wiem, ze i tak mam lęk przestrzeni, ale nie warto dla niego rezygnować z wędrówki
Copyright © 2016 W drodze , Blogger