13:06

Wracamy w góry w wielkim stylu. 09 lipca 2016r. - Diablak (Babia Góra)

Wracamy w góry w wielkim stylu. 09 lipca 2016r. - Diablak (Babia Góra)
Po wyjazdach i krótkich trasach "dookoła komina" na moto, czas na relację z wyjścia w góry. Ja byłam już wcześniej,na początku maja, gdy Damian pojechał na szkolenie do Włoch. Ale tak mniej więcej od końca czerwca uruchomił się u nas "wędrownik górski". Nie wiem, jak Damiana, ale ja byłam już w takim stanie, że byłam gotowa jechać prosto z pracy do Ustronia, wejść na Czantorię i przejść się dowolnym szlakiem. Albo po prostu posiedzieć i zejść na dół. To by już było wystarczające.
Ustaliliśmy, ze w sobotę jedziemy na Babią. Tylko..wszelkie możliwe aplikacje pogodowe wskazywały na to, ze w sobote będzie padać deszcz, będą burze. Jednym słowem - aura broniła się na wszelkie możliwe sposoby, abyśmy nie zrealizowali swoich planów. Ale o dziwo, sobotni ranek okazał sie słoneczny, zatem szybka męska decyzja - jedziemy.
Oczywiście- trasa do Zawoi i sama trasa w góry to nie moja działka. Ja miałam tylko zrobić bułki. Bo jak to - w góry bez bułek? Zatem bułki, plecaki woda, polary i kurtki i ruszamy. Droga z Katowic na Tychy, później na Bielsko. Niby słonce, ale nad bielskimi Beskidami formowały sie chmury deszczowe. I tak tez było. Gdy zjechaliśmy na drogę do Żywca, zaczął padać deszcz. Ale była to tylko chmura, która przeszła sobie spokojnie po wylaniu odpowiedniej ilości wody Jechaliśmy do Zawoi (jedna z najdłuższych wiosek w Polsce) i  stamtąd na Przełęcz Krowiarki. Ruszaliśmy właśnie z Krowiarek. Hmmm... trochę mnie te Krowiarki zaskoczyły, bo pamietam je jeszcze jako zwykła polanę, z szałasem pasterskim (gdy byłam młoda piękna i szalona to w nim nocowałam, bo do Krowiarek trzeba było iść z buta, a wybrałam się na Babia po pracy - ok 16 wyjeżdżałam z Katowic PKS-em). Teraz Krowiarki to... parking, na którym handluje się oscypkami, pamiątkami i gdzie płaci sie za wstęp na teren Babiogórskiego Parku Narodowego. Zapłaciliśmy 5 złotych od osoby i ruszylismy niebieskim szlakiem w kierunku schroniska na Markowych Szczawinach.
mapka trasy
 Niebieski szlak to droga. No dobrze..nie droga, taki leśny dukt. Szło sie przyjemnie, temperatura nie była za wysoka. W sam raz na wędrówkę w góry. Mieliśmy polary, ale musieliśmy je zmienić na kurtki przeciwdeszczowe, bo zaczął padać deszcz.
Wiedziałam, że Babia to kapryśna góra i nie zawsze pozwala zobaczyć panoramę ze swojego szczytu. Ale jakoś nie przejmowałam się tym. Jak dotąd tylko Klimczok nie był dla nas łaskawy.
Zdjecia robił Damian. Dodatkowo miał wgrana aplikację (ech Ci faceci - zawsze jak dzieci, tylko zmieniają zabawki), która pokazywała jak idziemy, jaki jest czas przejścia i różnica wzniesień. Fajna aplikacja, która dopiero pokazała swój urok po zakończeniu wędrówki.


Niebieski szlak z Krowiarek do Markowych. Ja na szlaku
 Schronisko za drzewami
Schronisko na Markowych było naszym miejscem chwilowego odpoczynku. I znowu lekkie moje rozczarowanie. To było inne schronisko, niż tamto, które zapamiętałam. Tamto było jakieś bardziej...górskie. A to już trąciło komercją. Ale nie można pogrymaszać tylko brać to co dają.  
 schronisko na Markowych
 Jakiś..budynek
Turysta, dziwnie znajomy
W schronisku tradycyjnie - herbata z cytryną, coś do zjedzenia, chwila odpoczynku i ruszamy na Babią. I wtedy zaczęły się schody. Dosłownie i w przenośni. Damian wybrał czerwony szlak, który piął sie dość stromo. Dla ułatwienia turystom - ktos ułozył kamienie, aby lepiej/łatwiej było sie wspinać. Nie wiem, czy lepiej, bo w pewnym momencie stanęła zrezygnowana i stwierdziłam:
- Idź, nie dam rady.
- Dasz. Zawsze dajesz. Przypomnij sobie Grześ i Rakoń - Damian potrafi już motywować
No dam radę. Pewnie, że dam. I ponownie rozpoczęłam wędrówkę.
I warto było. Widok ze szlaku, a później z przełęczy Brona rekompensował wszystko.
 początek czerwonego szlaku
schody w górę
udokumentowanie, ze to naprawdę czerwony szlak

Schody, panorama ze schodów, turysta dziwnie znajomy... :)
 Ja na schodach.... chyba pokazuję język Damianowi.

Panorama w trakcie wędrówki
Widok z przełęczy Brona
Tu chwila odpoczynku, robimy zdjęcia, odpoczywamy. Zjadamy po kawałku czekolady i ruszamy w dalsza drogę. Teraz wchodzimy w pasmo kosodrzewiny. Czyli jakby nie było - można porównać to do wędrówki w Tatrach (Babia to przecież drugi co do wysokości szczyt w Polsce). 
I znowu schody kamienne i sciezka w kosodrzewinie. Zaczyna sie robić tez zimniej. Zaczynamy żałować, ze nie mamy czapek, Damian dłuższych spodni, ja rękawiczek. Ale to właśnie Babia - nieprzewidywalna pogoda.

 znowu kamienne schody..

w oddali cel wędrówki i znowu turysta, za bardzo mi się plącze... 

Mała Babia
Ale Babia już jest widoczna, nawet dobrze sie wchodzi, wiec nie jest źle. Dla odpoczynku, wyrównania oddechu można sie zatrzymać, popatrzeć na panoramę, która naprawdę - zapiera dech w piersiach. Tym bardziej: w dolinach świeci piękne słonce, miejscami są zachmurzone miejsca. Widać to dokładnie, aż po horyzont.

z boku jakiś krasnoludek na trasie... a nie, to ja :)

Idąc na Babią przechodzi sie przez różne "wersje" gór: las, kosodrzewina i wreszcie pustkowia.Tzn. nie są to typowe pustkowia, bo jak widać na zdjęciach poniżej -roślinność jakaś istnieje, ale dochodzą do tego skały, kamienie.
Delikatne kwiaty dzwonków. Jednak przyroda pokazuje, ze można żyć w takich warunkach.
 
W oddali Babia - jeszcze nie wiem, co mnie czeka..
Szczyt Babiej - to już tylko głazy, kamienie
Jak na mój lęk przestrzeni, szło mi sie dobrze. Nie przerażały mnie strome zbocza, widok Perci akademików. To było daleko i nie dotyczyło mnie. Scieżka na szczyt wiodła tak sobie, łagodne nachylenie, wiec nie było źle. Do czasu...
Pisałam, ze mam lęk wysokości i przestrzeni? No wiec właśnie ujawnił sie przed szczytem.
 Gdzieś na trasie ;)
Szczyt Babiej - tu trzeba wejść, nie ma innej opcji. To tu dostałam ataku panicznego lęku
 Krasnoludek..tzn ...Ja. Gdy wiem, że zaczyna paraliżować mnie strach.
Pierwszego ataku strachu dostałam, gdy byłam w liceum. Na Trzech Koronach. Ale sadziłam, ze od tego czasu już mam z tym spokój. Przeliczyłam się. Na Szczyt Babiej trzeba wejść po zwalisku kamieni, głazów. Wiatr wiał tak, ze miałam wrażenie, ze mnie zdmuchnie (na następny raz biorę do plecaka worek cementu - będzie obciążenie). Wokół mnie przestrzeń, nigdzie oparcia. No i się zaczęło...
Damian nade mną dwa metry, raczej nie słyszy co się dzieje. Dopiero, gdy się odwraca co jakiś czas, widzi - że dzieje się źle.
- Nie wejdę...nie potrafię. Boje się - łzy idą same z siebie, choć mówię to raczej spokojnie. Zamykam oczy, żeby nie widzieć przestrzeni.
- Dasz radę, zawsze dajesz - uspokaja i mobilizuje mnie
- Tym razem nie dam. Boję sie. Spadnę..
Damian schodzi do mnie, podaje dłoń, ja robię dwa kroki, staję obok niego.
- Dasz radę - powtarza. Staje za mną
I wtedy jest lepiej. Świadomość, ze ktoś jest za mną, ze nie ma pustej przestrzeni jest podbudowująca.
Wchodzę na szczyt. Babia Góra zaliczona!





potwierdzenie, ze zdobyłam szczyt


Na Babiej jest ustawiony głaz w formie stołu/ołtarza. Siedziałam na nim i czułam się jak wiedźma,
która ma za chwile zostać poświęcona w ofierze
A tak w ogóle - to nasze pierwsze wspólne zdjęcie



Jedno z piękniejszych zdjęć. Do dziś nie wiemy, które z nas go zrobiło.
Dla takich widoków wchodzi się na szczyty

Gdy opadły emocje z moim strachem, cześć medialna została zrealizowana, trochę odpoczęliśmy, zabraliśmy sie w drogę powrotną. Ta już nie była aż tak atrakcyjna. Ścieżka ułożona z kamieni, kosodrzewina, później las. Schodziliśmy przez Sokolicę, ale i ta nie wywołała w nas wielkiego zachwytu.

I znowu krasnoludek na trasie...tzn ja.
Schodziło się szybciej, choć i tak schody które mają być ułatwieniem dla turysty, są jego utrapieniem. Schodzi sie zazwyczaj na te samą nogę, co jest lekko męczące. Ale dotarliśmy do Krowiarek a potem juz tylko droga do domu
Co mas nauczyła ta trasa? 
Hmmm góry zawsze czegoś uczą. Współpracy, zaufania, pomocy innym. Ja wiem, ze i tak mam lęk przestrzeni, ale nie warto dla niego rezygnować z wędrówki

20:40

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień czwarty. Powrót.

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień czwarty. Powrót.
Niedziela, 29 maja. Znowu budzę się później niż Damian. Spojrzenie jednym okiem, uśmiech jeszcze lekko senny/
- Dzień dobry - głos jeszcze śpi
- Dzień dobry - słyszę uśmiech w głosie.
Nie musimy wstawać wcześniej, można trochę poleżeć, bo dziś dzień powrotu. To co mieliśmy zaplanowane do zobaczenia - zobaczyliśmy. Rozmawiamy o wyjazdach, porównujemy do naszej przeszłości. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że wyjazd zaliczamy do udanych. Bez kłótni, udowadnianiu sobie, ze wie się lepiej. Spieranie się, gdzie iść, co zobaczyć. Przecież można iść na kompromis.
Zbieramy się powoli. Po wczorajszej kąpieli w burzy rzeczy mamy jeszcze... no delikatnie mówiąc - mokre. A przynajmniej rękawice. Ale damy radę.
Prysznic, pakowanie rzeczy, zbieranie ich do backpacku. śniadanie, kawa.
- Wiesz, jak już tu jesteśmy, to można by podjechać do Zamku Książ, chciałaś go widzieć - Damian przegląda mapę google - To ok 70km stąd wiec blisko. A potem już na A4 i do domu.
- Jasne, możemy jechać - zgadzam sie między jednym łykiem kawy a drugim
- To pojedziemy drogą Stu Zakrętów - stwierdza - przy okazji zobaczymy jaka jest teraz.
No to już pozostaje tylko zabrać bagaż, sprawdzić czy wszystko zabrane z pokoju, pożegnać sie z gospodarzami.
Oddaję klucze, zapewniam, ze pokój spełnił nasze oczekiwania i przyjedziemy tu jeszcze raz. Damian już czeka na mnie na dole, Suzi odpalona, jej lekki pomruk.. Ech...muzyka
I znowu most w Lewinie Kłodzkim, Kudowa i skręcamy na Drogę 100 Zakretów (droga nr 387). Dzień wcześniej nad Kotlina przechodziła silna burza. Na drodze widać było jej ślady: gałązki, wypłukana ziemia, ślady po strumykach deszczu. Droga 100 Zakrętów zapewne czas świetności miała kilka lat wstecz. Mokra nawierzchnia, wypłukany żwirek tez robiły swoje. Ale równocześnie mogłam podziwiać mijany krajobraz.
No cóż.... Beskidy mam na codzień, są piękne. Tatry wyrażają potęgę przyrody. Są surowe, monumentalne, człowiek czuje się przy nich taki maleńki. A Sudety..Sudety to dla mnie kamyki, którymi bawiły się olbrzymy i porozrzucały je po okolicy.
Droga 100 Zakrętów, siedzę na kamieniu przydrożnym, czekam na stopa

19:23

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień trzeci. Praga.

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień trzeci. Praga.
Wpisując tytuł posta, stwierdziłam, że nie powinno być Kotlina Kłodzka. W samej kłodzkiej to tylko nocowaliśmy, a jeździliśmy za granicę. Ale niech tam. ładnie wygląda, jest całością, wiec niech zostanie.
Zatem sobota, 28 maja.
Budzę się rano, otwieram jedno oko... widzę spojrzenie Damiana.
- Dzień dobry - słyszę
Gdzie to te czasy, ze ja budzę się pierwsza? Widocznie klimat na mnie tak działa
- Dzień dobry - odpowiadam - Pogoda?
Chyba przejdzie nam to w obsesję - jaka jest pogoda?
- Piękna, możemy jechać do Pragi - odpowiada wesoło.
Jakbyśmy mieli inne plany. Śniadanie, kawa, robię kanapki na drogę. Tak na wszelki wypadek. Spokojnie rozmawiamy jak ma wyglądać trasa, gdzie parkujemy, co robimy z kombinezonami. Mamy czeskie korony z poprzedniego dnia (kupione od pana w sklepiku na parkingu bo morderczym kursie 1korona = 20 groszy). Ostatecznie jedziemy do stolicy kraju europejskiego, wiec z wymiana pieniędzy i płaceniem kartą nie będzie problemu. Mamy taką nadzieję.
I znowu ruszamy ok. 9.00. to chyba najlepsza godzina do rozpoczynania podroży. Ja mam na plecach plecak, gdzie mamy spodenki na zmianę (dziś cieplej, wiec spodenki), trampki, kanapki. Dokładnie zapinam i zahaczam wszystkie paski, bo nie lubię, gdy coś mi "wiewa" podczas jazdy. Ruszmy. Znowu droga na Lewin Kłodzki i przejazd pod wspaniałym mostem, Kudowa, przejście graniczne, którego nie zauważamy.
I już jesteśmy u naszych sąsiadów - Czechów. Jedziemy drogą 33 na Nachod, a później na Hradec Kralove.
Nie zwracam uwagi na drogę, nie ja kieruję. Notuję tylko w podświadomości mijany krajobraz - zalew, pola, jakieś roboty drogowe. Wiem, ze w Hradec Kralove jakoś dziwnie zjechaliśmy, coś było zamknięte/ brak przejazdu/roboty drogowe. I na drogę 11 (autostrada do Pragi) zjeżdżaliśmy w dziwnym miejscu. Ale jakoś umknęło mi to z pamięci. Natomiast zanotowałam w umyśle, że wjechaliśmy w Pardubicki Kraj (coś jak nasze województwo), którego stolica są Pardubice. Dlaczego utkwiło mi to w pamięci? Bo to w Pardubicach organizowana jest słynna gonitwa Wielka Pardubicka. Ja wiem, ze konie lubią biegać, ale nie trzeba kazać im biegać w tak morderczych warunkach.

23:17

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień drugi. Skalne Mesto

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień drugi. Skalne Mesto
Jeśli nie zacznę uzupełniać bloga, to zapomnę, gdzie byliśmy i co oglądaliśmy.
Dziś czas na wspomnienia z drugiego dnia wyjazdu do Kotliny Kłodzkiej. Od poprzedniego dnia obserwacja nieba stała się nasza obsesją. Dziwie się, że nie zostało nam chodzenie z zadartą głową. Ale może w trakcie spania wróciło wszystko do stanu wyjściowego. O dziwo - spaliśmy mocno, bez budzenia się w nocy. Choć ja nie potrafię spać bez małej poduszki pod głową :).
W trakcie śniadania ustalaliśmy plany wycieczkowe na dzień. Ponieważ mi jedno, gdzie jadę - stanęło na Skalnym Meście w Czechach. No to jedziemy. Do plecaka pakujemy jeansy, trampki, bo mamy nadzieję, ze na parkingu będziemy mogli gdzieś zostawić kombinezony.
Wyruszamy ok. godziny 9.00 i kierujemy się drogę nr 8 w kierunku Kudowy i przejścia granicznego z Czechami. W Lewinie Kłodzkim przejeżdżamy pod wspaniałym mostem, który mi przywodzi na myśl rzymskie akwedukty. Jest...po  prostu piękny.
Most w Lewinie Kłodzkim. Kolejowy.
O tym, że jesteśmy za granicą informują nas inne znaki drogowe, bo granica jakoś mało jest zaznaczona. Przed granicą o oczywiście mijamy kantory, ale jakoś nie wpadamy na pomysł, aby wymienić złotówki na czeskie korony. Droga nr8 zmienia się w drogę nr33, ale przed miastem Nachod (ech, te czeskie nazwy..) Damian skręcił w drogę nr 303. I teraz już jedziemy do Adrszpach. Mamy GPS, więc nie błądzimy. Droga piękna i równa jak stół zatem pomykamy sobie nieźle. I to właśnie na tej drodze trafiają się nam najpiękniejsze winkle świata. Nie...nie jakieś ostre, gdzie trzeba skręcić prawie o 360stopni. Droga jest szeroka, zakrety duże, dobrze wyprofilowane, Suzi pięknie się układa i jazda jest przyjemna. Za miasteczkiem Bukovice skręcamy w drogę 30322, a później w 30110 Dojeżdżamy do Teplice nad Metuji. Tu można się zatrzymać i wejść do Skalnego Mesta. Ale Damian jedzie dalej. Nie protestuje - on ustala trasę, wie lepiej. Poza tym - był tu już kiedyś. Naszym celem jest Adrszpach.

23:04

Gdy w maju sa dłuuugie weekendy - czyli trip w Kotlinie Kłodzkiej. Dzień pierwszy.

Gdy w maju sa dłuuugie weekendy - czyli trip w Kotlinie Kłodzkiej. Dzień pierwszy.
Zakończony jeden etap mojej pracy w tym roku, wiec mam trochę więcej czasu dla siebie. I na uzupełnienie bloga, który przecież powinien być pisany systematycznie. A nazbierało się trochę tematów/wyjazdów którymi chcielibyśmy się podzielić z innymi/z czytelnikami.
Zaczynam od tego najdłuższego, aby nie zapomnieć o niczym, aby nic nie umknęło z pamięci.
Jakoś tak się ułożyło w tym roku, ze w maju mieliśmy dwa długie weekendy. Pierwszy - związany ze świętem Konstytucji 3 maja i drugi -  z Bożym Ciałem. Ten pierwszy już był zaplanowany - Damian jechał na szkolenie paralotniowe do Włoch, ja zostawałam w domu (ale i tak pojechałam w góry). Natomiast drugi był ustalony - jedziemy gdzieś.
W kwietniu omawialiśmy ten temat i zasugerowałam wyjazd do Sandomierza. Zakochałam się w tym mieście, ale tez jest w czym. Jedno miasto, które ma w sobie tyle ciekawych miejsc do zobaczenia. Zatem już pod koniec kwietnia zaczęłam szukać noclegów w Sandomierzu. Nie wzięłam tylko pod uwagę jednego – na pomysł wyjazdu do tego miasta wpadnie ¾ Polski. Obdzwoniłam wszystkie w miarę rozsądne kwatery i nie znalazłam nic ciekawego, w miarę atrakcyjnego.
Trzeba było zatem zmienić miejsce i kierunek wyjazdu. Wybór padł od razu na Kotlinę Kłodzką. Obydwoje byliśmy tam (ale osobno, nim się poznaliśmy), ale nic nie szkodzi pojechać tam jeszcze raz. Dodatkowo Damian zasugerował, że jak już tam będziemy, to możemy pojechać do Pragi i do Skalnego Miasta w Adrspach, bo ja tam nie byłam. Jedziemy na moto, wiec odległość nie jest aż tak wielka. Dlaczego nie, ja tam zgodna dziewczyna jestem. Chyba już wielokrotnie o tym pisałam.

19:01

Zaczynamy sezon moto.

Zaczynamy sezon moto.
Suzi kupiona. Oczywiście nie od razu zaczęła być użytkowana. Najpierw musiała być dopieszczona, pomalowana, dokupione okleiny. No...igła. Pogoda tez za bardzo nie rozpieszczała. Początkiem marca udało się kilka razy pojeździć, ale to bardziej było dla samego jeżdżenia. Nie dla przyjemności.

Suzi w okazałości, ja w tle. Zalew Sosina w Jaworznie

  Dopiero koniec marca - okres świat Wielkanocnych pozwolił nam na konkretne jazdy. Nie były to jakieś wyprawy ( na nie jeszcze przyjdzie czas), ale jednak pojeździliśmy trochę.
W Lany Poniedziałek, pogoda piękna jak cukierek, wybraliśmy się do Ogrodzieńca, a później na Pustynię Błędowską . W Ogrodzieńcu byłam wieki temu, pamiętam go jeszcze jaką prawie ruinę. Ale miałam w pamięci, ze zamki na Szlaku Orlich Gniazd sa odrestaurowane, czekałam na miłe doznania. No cóż.. rozczarowałam się. Zamek i owszem, odrestaurowany. Ale wszechobecna komercja i tu dotarła. Kramy z plastikowa chińszczyzna, dmuchany zamek do skakania, muzyka na skraju disco-polo rozchodząca się z głośników. Zrobiłam tylko zdjęcia z daleka i ruszyliśmy do Pustyni Błędowskiej.
                                           zamek z oddali,                      Rycerz, tylko już na innym rumaku :)

Pustynia Błędowska. Jedyna w Europie a na pewno w Polsce. Ale od lat zarasta. I w zasadzie staje się lasem Błędowskim. Mogliśmy podziwiać jej fragment z tarasu widokowego na Czubatce. I mimo, ze pustyni jest tam niewiele, samo miejsce działało uspokajająco. Panorama rozciągająca się z tego miejsca też robiła wrażenie.
 pustynia z nazwy Błędowska
 W efekcie wyjazd należy zaliczyć do udanych. Trochę pooglądaliśmy kraju. Suzi sprawowała się rewelacyjnie. Juz nie będę dodawała, ze na trasie Damian podchodzi do każdego motocyklisty ambicjonalnie. Jeśli na horyzoncie pojawi się jakiś zdążający w tym samym kierunku co my, to na bank...mogę się postawić dolary przeciwko orzechom, że dogoni go i wyprzedzi. Niczym koń na Wielkiej Pardubickiej.
- Ale sama tego chciałam! :)

21:36

Gdy zmienia się pogoda...

Gdy zmienia się pogoda...
Czerwiec. Choć tylko kalendarzowy. W międzyczasie wiele się zmieniło, dokonało. Ale ab ovo ..jak powiadali starożytni Rzymianie.
Gdzieś tu na blogu można wyczytać zamiłowania Damiana - wędrówki, jazdy rowerem i...motocyklem. Tylko że z tym ostatnim był problem - własnego nie było, a ten który stał w garażu, nie miał dokumentów. Ryzyko nim gdzieś latać. Poza tym zbliżała się zima i nijak czerpać przyjemność z jazdy moto. Ale mniej więcej od połowy grudnia zaczęłam delikatnie wiercić dziurę w brzuchu. Tzn roztaczać wizje, jakby to było, gdyby było... Sama też wiedziałam, że szuka, przegląda, zastanawia się. Rozważane były dwie opcje: turystyk, na którym można jeździć spokojnie, wygodnie i w dalekie trasy na rożnych drogach, oraz sport/ścigacz - jazda szybka, ale tez lekko niewygodna, z ograniczonymi bagażami.
Sam Damian był w rozterce: czy jeszcze pozostać przy śmigu, czy raczej przejść na turystyka... Ja byłam głosem doradczym. Raczej oceniałam po wyglądzie przyszłe moto, które zakupiłby ewentualnie. Pierwsze moto, które oglądaliśmy, to była Kawasaki Ninja 636. Zielona żaba. Ale dla mnie jakaś mała, z popękanymi owiewkami. No jako estetka nie akceptowałam jej. Damianowi też nie pasowała, tym bardziej, ze po odpaleniu nagle zaczęła "kichać kaszleć i kapać". Zrezygnował z niej. To było w styczniu
Później pojechaliśmy do Bielska oglądać BMW 1200s. Nawet nawet, ale okazało się już być zamówione. No trudno. Poszuka się coś innego.
Zaczęły się ferie zimowe, ja przyjechałam do niego. Dziennie rano widziałam, jak ogląda strony ze sprzedażą moto. I niby coś było, ale albo za daleko, albo zdjęcie nie za bardzo, albo coś było podejrzanie za piękne i za tanie. I wreszcie...środa. Ogłoszenie. Brzeszcze. Do sprzedania Suzuki GSXR 750 k7 (cokolwiek to znaczy). Jedziemy. Ale nadal niezdecydowany, bo jednak turystyk lepszy.
Przyjechaliśmy na miejsce, poczekaliśmy na właściciela, przywitali się. Ten otworzył garaż i pokazał Suzi...
Nie wiem jak Damian, ja...no zakochałam się w niej od razu. Szukałam wzroku Damiana, bo chciałam mu pokazać, ze ta i nic innego ( mieliśmy jeszcze w tym dniu jechać w dwa miejsca zobaczyć BMW). Panowie wymieniali fachowe uwagi, oglądali spokojnie moto. I wtedy Damian podniósł głowę, popatrzył na mnie. Noooo.... ten wzrok mówił wiele.
- Mógłbym przejechał sie kawałek, żeby zobaczyć jak chodzi? - zapytał właściciela pięknej damy
- Jasne, oczywiście - facet zgodził się od razu
Odpalił ją... Ten dźwięk, najpiękniejszy na świecie. Wzrok Damiana na mnie. A później charakterystyczne poprawienie się, gdy usiadł na siedzeniu, pochylona sylwetka.
Ale nie dokonaliśmy transakcji od razu. W drodze powrotnej cały czas mówił o Suzi. Jakby chciał siebie i mnie przekonać, ze warto ją kupić, rozważał wszystkie za i przeciw.
- Damian, dzwon do gościa i powiedz, żeby nam ja zaklepał - powiedziałam stanowczo, gdy zatrzymaliśmy się na obiad przed Tychami w zajeździe Pod Dzikiem przy DK1 (nawiasem mówiąc - rewelacyjnie tam gotują)
- Jak zaklepał?- chyba jeszcze nie docierało do niego, że współdecyduję o kupnie śmiga
- Zadzwoń i powiedz, ze decydujesz się na niego. Żeby zdjął już ogłoszenie, dał adnotacje - sprzedane. Załatwisz pieniądze i jedziemy kupić. Druga taka okazja się nie trafi. - mówię spokojnym, ale zdecydowanym głosem.
Chwila zawahania i Damian dzwoni. Słucham tej rozmowy i słyszę, że sprzedający bez oporu zgadza się na propozycję Damiana.
- Ciekawe dlaczego się zgodził od razu? - dziwi się Damian po skończeniu rozmowy
- Dlaczego? Bo przyjechała para: Kobieta i mężczyzna. To wzbudza zaufanie- uśmiechnęłam się
To było w środę, w piątek jechaliśmy po moto. Oczywiście - jak go przywieźć? Stanęło na tym, ze ja będę wracała Kangurem, a Damian pojedzie za mną. Pojedzie wolno, bo temperatura ujemna. Bardzo ujemna.
Zabawny moment, gdy wjechaliśmy na stacje benzynową. JA stanęłam z boku, czekałam aż zatankuje. Damian podjechał pod dystrybutor, skinął na mnie dłonią. Wyszłam z samochodu, podeszłam, on mnie przytulił
- Właśnie potwierdziłam to, ze jesteście przystojni do momentu zdjęcia kasku - uśmiechnęłam się
Damian zdjął kask, pocałował
- Ale zdziwienie pani w samochodzie obok...bezcenne - dodałam - Chyba nie za bardzo orientuje się, o co chodzi
- Urok motocyklistów - Damian podjął zabawę
Jechał grzecznie za mną, ale nie wytrzymał, gdy droga z Oświęcimia do Tychów stała się dwupasmowa, musiał podkręcić manetki i polecieć do przodu. Czekał przy zjeździe na Katowice.
I tak to stał/staliśmy się posiadaczami Suzi.                                                            Suzuki GSXR 750 w całej okazałości

21:21

Szyndzielnia po raz I - bez przygód i atrakcji

Szyndzielnia po raz I - bez przygód i atrakcji
Nadrabiam stracony czas, utraconych czytelników. To takie ... "poszukiwanie straconego czasu" (tytuł książki Prousta, która była/jest dla mnie ambicyjnie nieosiągalna, nie potrafię się do niej zabrać)
Kolejny wyjazd w góry. Już na spokojnie, nie trzeba gonić punktów, bo książeczka wypełniona, punktów z naddatkiem. Zatem spokojnie idziemy w góry. Trasa bliska - Bielsko Biała, Szyndzielnia, a potem Kozia Góra. A później do naszych znajomych, mieszkających niedaleko Bielska.
No to jedziemy, 16 stycznia.
Trasa jest mi znana. Tzn w częsci, bo gdy byłam młoda, piękna i szalona, czyli chodziłam do liceum, wchodziłam na Szyndzielnię czerwonym szlakiem. A to szlak, który jest droga dojazdową do schroniska. Droga wygodna, można nawet jechać wózkiem z małym dzieckiem. Warunek - wózek musi mieć resory, bo inaczej dziecko może mieć wstrząs mózgu :)
To mapka trasy, która można pobrać z tej strony
 Pogoda nie rozpieszczała. Niby nie padało, niby ciepło, ale jednak taki chłodek, który wchodzi pod bluzę, kurtkę. Ale spokojnie ruszyliśmy w trasę. Podział rzeczy na plecaki, Kangur zaparkowany w jakimś parku, obok knajpy Czerwony Kapturek. Jest tam miejsce do parkowania, w bocznej uliczce/placu. Miejsce specjalnie wybrane, ale to okaże się później - dlaczego. W miarę równym krokiem (o dziwo - szliśmy razem!) spokojnie wędrowaliśmy czerwonym szlakiem. Rozmawialiśmy, milczeliśmy, robili zdjęcia. Ja wysyłałam je znajomemu na Ukrainę - Nomad, pozdrawiam :) A droga z  panoramą Bielska prezentowała się tak:

 Panorama Bielska z czerwonego szlaku
Copyright © 2016 W drodze , Blogger