20:40

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień czwarty. Powrót.

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień czwarty. Powrót.
Niedziela, 29 maja. Znowu budzę się później niż Damian. Spojrzenie jednym okiem, uśmiech jeszcze lekko senny/
- Dzień dobry - głos jeszcze śpi
- Dzień dobry - słyszę uśmiech w głosie.
Nie musimy wstawać wcześniej, można trochę poleżeć, bo dziś dzień powrotu. To co mieliśmy zaplanowane do zobaczenia - zobaczyliśmy. Rozmawiamy o wyjazdach, porównujemy do naszej przeszłości. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że wyjazd zaliczamy do udanych. Bez kłótni, udowadnianiu sobie, ze wie się lepiej. Spieranie się, gdzie iść, co zobaczyć. Przecież można iść na kompromis.
Zbieramy się powoli. Po wczorajszej kąpieli w burzy rzeczy mamy jeszcze... no delikatnie mówiąc - mokre. A przynajmniej rękawice. Ale damy radę.
Prysznic, pakowanie rzeczy, zbieranie ich do backpacku. śniadanie, kawa.
- Wiesz, jak już tu jesteśmy, to można by podjechać do Zamku Książ, chciałaś go widzieć - Damian przegląda mapę google - To ok 70km stąd wiec blisko. A potem już na A4 i do domu.
- Jasne, możemy jechać - zgadzam sie między jednym łykiem kawy a drugim
- To pojedziemy drogą Stu Zakrętów - stwierdza - przy okazji zobaczymy jaka jest teraz.
No to już pozostaje tylko zabrać bagaż, sprawdzić czy wszystko zabrane z pokoju, pożegnać sie z gospodarzami.
Oddaję klucze, zapewniam, ze pokój spełnił nasze oczekiwania i przyjedziemy tu jeszcze raz. Damian już czeka na mnie na dole, Suzi odpalona, jej lekki pomruk.. Ech...muzyka
I znowu most w Lewinie Kłodzkim, Kudowa i skręcamy na Drogę 100 Zakretów (droga nr 387). Dzień wcześniej nad Kotlina przechodziła silna burza. Na drodze widać było jej ślady: gałązki, wypłukana ziemia, ślady po strumykach deszczu. Droga 100 Zakrętów zapewne czas świetności miała kilka lat wstecz. Mokra nawierzchnia, wypłukany żwirek tez robiły swoje. Ale równocześnie mogłam podziwiać mijany krajobraz.
No cóż.... Beskidy mam na codzień, są piękne. Tatry wyrażają potęgę przyrody. Są surowe, monumentalne, człowiek czuje się przy nich taki maleńki. A Sudety..Sudety to dla mnie kamyki, którymi bawiły się olbrzymy i porozrzucały je po okolicy.
Droga 100 Zakrętów, siedzę na kamieniu przydrożnym, czekam na stopa

19:23

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień trzeci. Praga.

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień trzeci. Praga.
Wpisując tytuł posta, stwierdziłam, że nie powinno być Kotlina Kłodzka. W samej kłodzkiej to tylko nocowaliśmy, a jeździliśmy za granicę. Ale niech tam. ładnie wygląda, jest całością, wiec niech zostanie.
Zatem sobota, 28 maja.
Budzę się rano, otwieram jedno oko... widzę spojrzenie Damiana.
- Dzień dobry - słyszę
Gdzie to te czasy, ze ja budzę się pierwsza? Widocznie klimat na mnie tak działa
- Dzień dobry - odpowiadam - Pogoda?
Chyba przejdzie nam to w obsesję - jaka jest pogoda?
- Piękna, możemy jechać do Pragi - odpowiada wesoło.
Jakbyśmy mieli inne plany. Śniadanie, kawa, robię kanapki na drogę. Tak na wszelki wypadek. Spokojnie rozmawiamy jak ma wyglądać trasa, gdzie parkujemy, co robimy z kombinezonami. Mamy czeskie korony z poprzedniego dnia (kupione od pana w sklepiku na parkingu bo morderczym kursie 1korona = 20 groszy). Ostatecznie jedziemy do stolicy kraju europejskiego, wiec z wymiana pieniędzy i płaceniem kartą nie będzie problemu. Mamy taką nadzieję.
I znowu ruszamy ok. 9.00. to chyba najlepsza godzina do rozpoczynania podroży. Ja mam na plecach plecak, gdzie mamy spodenki na zmianę (dziś cieplej, wiec spodenki), trampki, kanapki. Dokładnie zapinam i zahaczam wszystkie paski, bo nie lubię, gdy coś mi "wiewa" podczas jazdy. Ruszmy. Znowu droga na Lewin Kłodzki i przejazd pod wspaniałym mostem, Kudowa, przejście graniczne, którego nie zauważamy.
I już jesteśmy u naszych sąsiadów - Czechów. Jedziemy drogą 33 na Nachod, a później na Hradec Kralove.
Nie zwracam uwagi na drogę, nie ja kieruję. Notuję tylko w podświadomości mijany krajobraz - zalew, pola, jakieś roboty drogowe. Wiem, ze w Hradec Kralove jakoś dziwnie zjechaliśmy, coś było zamknięte/ brak przejazdu/roboty drogowe. I na drogę 11 (autostrada do Pragi) zjeżdżaliśmy w dziwnym miejscu. Ale jakoś umknęło mi to z pamięci. Natomiast zanotowałam w umyśle, że wjechaliśmy w Pardubicki Kraj (coś jak nasze województwo), którego stolica są Pardubice. Dlaczego utkwiło mi to w pamięci? Bo to w Pardubicach organizowana jest słynna gonitwa Wielka Pardubicka. Ja wiem, ze konie lubią biegać, ale nie trzeba kazać im biegać w tak morderczych warunkach.

23:17

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień drugi. Skalne Mesto

Trip w Kotlinie Kłodzkiej - dzień drugi. Skalne Mesto
Jeśli nie zacznę uzupełniać bloga, to zapomnę, gdzie byliśmy i co oglądaliśmy.
Dziś czas na wspomnienia z drugiego dnia wyjazdu do Kotliny Kłodzkiej. Od poprzedniego dnia obserwacja nieba stała się nasza obsesją. Dziwie się, że nie zostało nam chodzenie z zadartą głową. Ale może w trakcie spania wróciło wszystko do stanu wyjściowego. O dziwo - spaliśmy mocno, bez budzenia się w nocy. Choć ja nie potrafię spać bez małej poduszki pod głową :).
W trakcie śniadania ustalaliśmy plany wycieczkowe na dzień. Ponieważ mi jedno, gdzie jadę - stanęło na Skalnym Meście w Czechach. No to jedziemy. Do plecaka pakujemy jeansy, trampki, bo mamy nadzieję, ze na parkingu będziemy mogli gdzieś zostawić kombinezony.
Wyruszamy ok. godziny 9.00 i kierujemy się drogę nr 8 w kierunku Kudowy i przejścia granicznego z Czechami. W Lewinie Kłodzkim przejeżdżamy pod wspaniałym mostem, który mi przywodzi na myśl rzymskie akwedukty. Jest...po  prostu piękny.
Most w Lewinie Kłodzkim. Kolejowy.
O tym, że jesteśmy za granicą informują nas inne znaki drogowe, bo granica jakoś mało jest zaznaczona. Przed granicą o oczywiście mijamy kantory, ale jakoś nie wpadamy na pomysł, aby wymienić złotówki na czeskie korony. Droga nr8 zmienia się w drogę nr33, ale przed miastem Nachod (ech, te czeskie nazwy..) Damian skręcił w drogę nr 303. I teraz już jedziemy do Adrszpach. Mamy GPS, więc nie błądzimy. Droga piękna i równa jak stół zatem pomykamy sobie nieźle. I to właśnie na tej drodze trafiają się nam najpiękniejsze winkle świata. Nie...nie jakieś ostre, gdzie trzeba skręcić prawie o 360stopni. Droga jest szeroka, zakrety duże, dobrze wyprofilowane, Suzi pięknie się układa i jazda jest przyjemna. Za miasteczkiem Bukovice skręcamy w drogę 30322, a później w 30110 Dojeżdżamy do Teplice nad Metuji. Tu można się zatrzymać i wejść do Skalnego Mesta. Ale Damian jedzie dalej. Nie protestuje - on ustala trasę, wie lepiej. Poza tym - był tu już kiedyś. Naszym celem jest Adrszpach.

23:04

Gdy w maju sa dłuuugie weekendy - czyli trip w Kotlinie Kłodzkiej. Dzień pierwszy.

Gdy w maju sa dłuuugie weekendy - czyli trip w Kotlinie Kłodzkiej. Dzień pierwszy.
Zakończony jeden etap mojej pracy w tym roku, wiec mam trochę więcej czasu dla siebie. I na uzupełnienie bloga, który przecież powinien być pisany systematycznie. A nazbierało się trochę tematów/wyjazdów którymi chcielibyśmy się podzielić z innymi/z czytelnikami.
Zaczynam od tego najdłuższego, aby nie zapomnieć o niczym, aby nic nie umknęło z pamięci.
Jakoś tak się ułożyło w tym roku, ze w maju mieliśmy dwa długie weekendy. Pierwszy - związany ze świętem Konstytucji 3 maja i drugi -  z Bożym Ciałem. Ten pierwszy już był zaplanowany - Damian jechał na szkolenie paralotniowe do Włoch, ja zostawałam w domu (ale i tak pojechałam w góry). Natomiast drugi był ustalony - jedziemy gdzieś.
W kwietniu omawialiśmy ten temat i zasugerowałam wyjazd do Sandomierza. Zakochałam się w tym mieście, ale tez jest w czym. Jedno miasto, które ma w sobie tyle ciekawych miejsc do zobaczenia. Zatem już pod koniec kwietnia zaczęłam szukać noclegów w Sandomierzu. Nie wzięłam tylko pod uwagę jednego – na pomysł wyjazdu do tego miasta wpadnie ¾ Polski. Obdzwoniłam wszystkie w miarę rozsądne kwatery i nie znalazłam nic ciekawego, w miarę atrakcyjnego.
Trzeba było zatem zmienić miejsce i kierunek wyjazdu. Wybór padł od razu na Kotlinę Kłodzką. Obydwoje byliśmy tam (ale osobno, nim się poznaliśmy), ale nic nie szkodzi pojechać tam jeszcze raz. Dodatkowo Damian zasugerował, że jak już tam będziemy, to możemy pojechać do Pragi i do Skalnego Miasta w Adrspach, bo ja tam nie byłam. Jedziemy na moto, wiec odległość nie jest aż tak wielka. Dlaczego nie, ja tam zgodna dziewczyna jestem. Chyba już wielokrotnie o tym pisałam.

19:01

Zaczynamy sezon moto.

Zaczynamy sezon moto.
Suzi kupiona. Oczywiście nie od razu zaczęła być użytkowana. Najpierw musiała być dopieszczona, pomalowana, dokupione okleiny. No...igła. Pogoda tez za bardzo nie rozpieszczała. Początkiem marca udało się kilka razy pojeździć, ale to bardziej było dla samego jeżdżenia. Nie dla przyjemności.

Suzi w okazałości, ja w tle. Zalew Sosina w Jaworznie

  Dopiero koniec marca - okres świat Wielkanocnych pozwolił nam na konkretne jazdy. Nie były to jakieś wyprawy ( na nie jeszcze przyjdzie czas), ale jednak pojeździliśmy trochę.
W Lany Poniedziałek, pogoda piękna jak cukierek, wybraliśmy się do Ogrodzieńca, a później na Pustynię Błędowską . W Ogrodzieńcu byłam wieki temu, pamiętam go jeszcze jaką prawie ruinę. Ale miałam w pamięci, ze zamki na Szlaku Orlich Gniazd sa odrestaurowane, czekałam na miłe doznania. No cóż.. rozczarowałam się. Zamek i owszem, odrestaurowany. Ale wszechobecna komercja i tu dotarła. Kramy z plastikowa chińszczyzna, dmuchany zamek do skakania, muzyka na skraju disco-polo rozchodząca się z głośników. Zrobiłam tylko zdjęcia z daleka i ruszyliśmy do Pustyni Błędowskiej.
                                           zamek z oddali,                      Rycerz, tylko już na innym rumaku :)

Pustynia Błędowska. Jedyna w Europie a na pewno w Polsce. Ale od lat zarasta. I w zasadzie staje się lasem Błędowskim. Mogliśmy podziwiać jej fragment z tarasu widokowego na Czubatce. I mimo, ze pustyni jest tam niewiele, samo miejsce działało uspokajająco. Panorama rozciągająca się z tego miejsca też robiła wrażenie.
 pustynia z nazwy Błędowska
 W efekcie wyjazd należy zaliczyć do udanych. Trochę pooglądaliśmy kraju. Suzi sprawowała się rewelacyjnie. Juz nie będę dodawała, ze na trasie Damian podchodzi do każdego motocyklisty ambicjonalnie. Jeśli na horyzoncie pojawi się jakiś zdążający w tym samym kierunku co my, to na bank...mogę się postawić dolary przeciwko orzechom, że dogoni go i wyprzedzi. Niczym koń na Wielkiej Pardubickiej.
- Ale sama tego chciałam! :)

21:36

Gdy zmienia się pogoda...

Gdy zmienia się pogoda...
Czerwiec. Choć tylko kalendarzowy. W międzyczasie wiele się zmieniło, dokonało. Ale ab ovo ..jak powiadali starożytni Rzymianie.
Gdzieś tu na blogu można wyczytać zamiłowania Damiana - wędrówki, jazdy rowerem i...motocyklem. Tylko że z tym ostatnim był problem - własnego nie było, a ten który stał w garażu, nie miał dokumentów. Ryzyko nim gdzieś latać. Poza tym zbliżała się zima i nijak czerpać przyjemność z jazdy moto. Ale mniej więcej od połowy grudnia zaczęłam delikatnie wiercić dziurę w brzuchu. Tzn roztaczać wizje, jakby to było, gdyby było... Sama też wiedziałam, że szuka, przegląda, zastanawia się. Rozważane były dwie opcje: turystyk, na którym można jeździć spokojnie, wygodnie i w dalekie trasy na rożnych drogach, oraz sport/ścigacz - jazda szybka, ale tez lekko niewygodna, z ograniczonymi bagażami.
Sam Damian był w rozterce: czy jeszcze pozostać przy śmigu, czy raczej przejść na turystyka... Ja byłam głosem doradczym. Raczej oceniałam po wyglądzie przyszłe moto, które zakupiłby ewentualnie. Pierwsze moto, które oglądaliśmy, to była Kawasaki Ninja 636. Zielona żaba. Ale dla mnie jakaś mała, z popękanymi owiewkami. No jako estetka nie akceptowałam jej. Damianowi też nie pasowała, tym bardziej, ze po odpaleniu nagle zaczęła "kichać kaszleć i kapać". Zrezygnował z niej. To było w styczniu
Później pojechaliśmy do Bielska oglądać BMW 1200s. Nawet nawet, ale okazało się już być zamówione. No trudno. Poszuka się coś innego.
Zaczęły się ferie zimowe, ja przyjechałam do niego. Dziennie rano widziałam, jak ogląda strony ze sprzedażą moto. I niby coś było, ale albo za daleko, albo zdjęcie nie za bardzo, albo coś było podejrzanie za piękne i za tanie. I wreszcie...środa. Ogłoszenie. Brzeszcze. Do sprzedania Suzuki GSXR 750 k7 (cokolwiek to znaczy). Jedziemy. Ale nadal niezdecydowany, bo jednak turystyk lepszy.
Przyjechaliśmy na miejsce, poczekaliśmy na właściciela, przywitali się. Ten otworzył garaż i pokazał Suzi...
Nie wiem jak Damian, ja...no zakochałam się w niej od razu. Szukałam wzroku Damiana, bo chciałam mu pokazać, ze ta i nic innego ( mieliśmy jeszcze w tym dniu jechać w dwa miejsca zobaczyć BMW). Panowie wymieniali fachowe uwagi, oglądali spokojnie moto. I wtedy Damian podniósł głowę, popatrzył na mnie. Noooo.... ten wzrok mówił wiele.
- Mógłbym przejechał sie kawałek, żeby zobaczyć jak chodzi? - zapytał właściciela pięknej damy
- Jasne, oczywiście - facet zgodził się od razu
Odpalił ją... Ten dźwięk, najpiękniejszy na świecie. Wzrok Damiana na mnie. A później charakterystyczne poprawienie się, gdy usiadł na siedzeniu, pochylona sylwetka.
Ale nie dokonaliśmy transakcji od razu. W drodze powrotnej cały czas mówił o Suzi. Jakby chciał siebie i mnie przekonać, ze warto ją kupić, rozważał wszystkie za i przeciw.
- Damian, dzwon do gościa i powiedz, żeby nam ja zaklepał - powiedziałam stanowczo, gdy zatrzymaliśmy się na obiad przed Tychami w zajeździe Pod Dzikiem przy DK1 (nawiasem mówiąc - rewelacyjnie tam gotują)
- Jak zaklepał?- chyba jeszcze nie docierało do niego, że współdecyduję o kupnie śmiga
- Zadzwoń i powiedz, ze decydujesz się na niego. Żeby zdjął już ogłoszenie, dał adnotacje - sprzedane. Załatwisz pieniądze i jedziemy kupić. Druga taka okazja się nie trafi. - mówię spokojnym, ale zdecydowanym głosem.
Chwila zawahania i Damian dzwoni. Słucham tej rozmowy i słyszę, że sprzedający bez oporu zgadza się na propozycję Damiana.
- Ciekawe dlaczego się zgodził od razu? - dziwi się Damian po skończeniu rozmowy
- Dlaczego? Bo przyjechała para: Kobieta i mężczyzna. To wzbudza zaufanie- uśmiechnęłam się
To było w środę, w piątek jechaliśmy po moto. Oczywiście - jak go przywieźć? Stanęło na tym, ze ja będę wracała Kangurem, a Damian pojedzie za mną. Pojedzie wolno, bo temperatura ujemna. Bardzo ujemna.
Zabawny moment, gdy wjechaliśmy na stacje benzynową. JA stanęłam z boku, czekałam aż zatankuje. Damian podjechał pod dystrybutor, skinął na mnie dłonią. Wyszłam z samochodu, podeszłam, on mnie przytulił
- Właśnie potwierdziłam to, ze jesteście przystojni do momentu zdjęcia kasku - uśmiechnęłam się
Damian zdjął kask, pocałował
- Ale zdziwienie pani w samochodzie obok...bezcenne - dodałam - Chyba nie za bardzo orientuje się, o co chodzi
- Urok motocyklistów - Damian podjął zabawę
Jechał grzecznie za mną, ale nie wytrzymał, gdy droga z Oświęcimia do Tychów stała się dwupasmowa, musiał podkręcić manetki i polecieć do przodu. Czekał przy zjeździe na Katowice.
I tak to stał/staliśmy się posiadaczami Suzi.                                                            Suzuki GSXR 750 w całej okazałości

21:21

Szyndzielnia po raz I - bez przygód i atrakcji

Szyndzielnia po raz I - bez przygód i atrakcji
Nadrabiam stracony czas, utraconych czytelników. To takie ... "poszukiwanie straconego czasu" (tytuł książki Prousta, która była/jest dla mnie ambicyjnie nieosiągalna, nie potrafię się do niej zabrać)
Kolejny wyjazd w góry. Już na spokojnie, nie trzeba gonić punktów, bo książeczka wypełniona, punktów z naddatkiem. Zatem spokojnie idziemy w góry. Trasa bliska - Bielsko Biała, Szyndzielnia, a potem Kozia Góra. A później do naszych znajomych, mieszkających niedaleko Bielska.
No to jedziemy, 16 stycznia.
Trasa jest mi znana. Tzn w częsci, bo gdy byłam młoda, piękna i szalona, czyli chodziłam do liceum, wchodziłam na Szyndzielnię czerwonym szlakiem. A to szlak, który jest droga dojazdową do schroniska. Droga wygodna, można nawet jechać wózkiem z małym dzieckiem. Warunek - wózek musi mieć resory, bo inaczej dziecko może mieć wstrząs mózgu :)
To mapka trasy, która można pobrać z tej strony
 Pogoda nie rozpieszczała. Niby nie padało, niby ciepło, ale jednak taki chłodek, który wchodzi pod bluzę, kurtkę. Ale spokojnie ruszyliśmy w trasę. Podział rzeczy na plecaki, Kangur zaparkowany w jakimś parku, obok knajpy Czerwony Kapturek. Jest tam miejsce do parkowania, w bocznej uliczce/placu. Miejsce specjalnie wybrane, ale to okaże się później - dlaczego. W miarę równym krokiem (o dziwo - szliśmy razem!) spokojnie wędrowaliśmy czerwonym szlakiem. Rozmawialiśmy, milczeliśmy, robili zdjęcia. Ja wysyłałam je znajomemu na Ukrainę - Nomad, pozdrawiam :) A droga z  panoramą Bielska prezentowała się tak:

 Panorama Bielska z czerwonego szlaku

21:30

Barania Góra - dzień drugi

Barania Góra - dzień drugi
Kolejny wpis po miesiącu niepisania. Postaram się to nadrobić, bo zbliża się długi weekend majowy.
Wrócę zatem do wyjazdu, który miał miejsce pod koniec zeszłego roku - Szczyrk i Barania Góra. To ona była celem naszego wyjazdu. Trasa została obliczona, aby zdobyć jak największa ilość punktów, ale też aby trasa, która pójdziemy była atrakcyjna widokowo. No cóż...zdanie siostry Damiana:
- Zapewne z wszystkich tras jakie są, mój brat wybierze tę we mgle. -
Mówiła to z przekąsem, wieczorem, gdy przygotowywałyśmy kanapki na następny dzień.
 Trasa, opracowana przez Damiana była dość imponująca, wyruszaliśmy z Węgierskiej Górki Traktem Cesarskim, na jego poboczu zaparkowałam moją Kijankę. Z traktu zeszliśmy na czerwony szlak. Droga była taka sobie, ani trudna ani łatwa. Początkowo szliśmy wzdłuż domów - zarówno mieszkalnych jak i tych letniskowych. W nocy był przymrozek/mróz ( przecież to koniec grudnia), więc większość drzew, dachów pokrywał biały woal.
Jak zawsze - każde z nas szło swoim krokiem. Mi to nie przeszkadzało. Czasami wolę iść sama, bo mogę sobie pewne sprawy przemyśleć, albo po prostu iść i nie skupiać się na niczym. No może na drodze.. Trochę zastanawialiśmy się nad trasą ...tzn nie ja. Ale szliśmy spokojnie. Szlak był...przepiękny. Żadne słowa nie oddają piękna, które nas otaczało. I dlatego pokaże to zdjęciami.


 Mgła w dolinach

20:20

Beskidzki trip, czyli jak odpoczywa sie ekstremalnie, częsć I

Beskidzki trip, czyli jak odpoczywa sie ekstremalnie, częsć I
Zgodnie z obietnicą - kolejny zapis.
Święta Bożego Narodzenia minęły spokojnie. Dla mnie spokojnie od prawie 20 lat. Nic nie musiałam, a tylko chciałam. Nie będę wspominała o wyjeździe na pobliską hałdę, bo to tylko taka przebieżka, aby nie stracić kondycji.



 Widok z hałdy w Łaziskach Górnych
 Mnie punkty nie goniły, bo spokojnie zbieram sobie na srebrną GOT. Natomiast Damiana tak. Musiał do końca roku wyrobić 180 punktów. A najlepiej, gdyby miał 5 w zapasie. Jak zawsze - to nie ja opracowywałam trasę. Tym zajmuje się Damian. Na mojej głowie jest aprowizacja, noclegi. Więc i tym razem się nie przejmowałam. Nie uwzględniłam tylko jednego - rodzeństwa. Nie mojego. Siostry Damiana.
Rodzeństwo czasami ma róznice zdań, czasami się kłóci. I to bardzo.
27 grudnia w miarę ustaliliśmy jak jedziemy. Najpierw były wariacje z Zakopanem, ale ostatecznie zostało na Szczyrku. Bo tam zaklepane wcześniej noclegi, bo nie wypadało odmówić - normalne, też bym tak zrobiła. W poniedziałek cos mną tknęło. Nie miałam wiadomości cały dzień. Naznaczona wcześniejszymi doświadczeniami bałam się, ze wyjazd, który zapowiadał się wspaniale, nagle zostanie odwołany. Ale wieczorem przyszła wiadomość - wszystko ok, jedziemy jutro w okolicy południa, luzujemy rodziców (tzn zajmujemy ich pokój). A na drugi dzień idziemy w trasę.
Na drugi dzień spokojnie pojechałam sobie do fryzjera i wtedy odezwał się telefon.... Najlepiej, jakbym przyjechała jak najszybciej mogę, bo plany uległy "Lekkiej zmianie". Lekkiej... Już samo to, ze Damian zadzwonił, to nie było byle co. Na szczęście byłam już spakowana, wiec powrót do domu i dojazd do Katowic nie był rekordem trasy.
Przyjechałam, poczekałam, aż Damian się spakuje (jechaliśmy moja Kijanką). Dopiero na trasie dowiedziałam się szczegółów szybkiej zmiany planów. Bo mieliśmy nie jechać, bo pokłócił się z siostrą prawie "na noże", bo mama negocjuje, bo nie odzywają się do siebie. To telegraficzny skrót.
- Jednak moje przeczucia mnie nie zawiodły -
Ale w końcu jechaliśmy. Tylko nie na trzy dni, a na dwa. Wracamy 30 grudnia, a nie jak wcześniej było planowane 31 lub nawet 1 stycznia. Ale co tam...jedziemy w góry.
Pogoda piękna, przyjechaliśmy na miejsce, po drodze spotykając rodziców i siostrę Damiana. Krótka prezentacja, wymiana gratów, rozmieszczenie się. I decyzja - jeśli tylko dwa dni (jedna noc) to już dziś idziemy w góry. Cel - Klimczok.
No to idziemy. Wg zapewnień Damiana ma być piękna trasa, piękne widoki i ogólnie...MEGA.
Wierzę na słowo. Zgodna jestem. Wchodziliśmy dość łatwą trasą
mapka trasy
Dzień wcześniej w Szczyrku padał deszcz (lało), ale gdy my przyjechaliśmy - pogoda była piękna. Tylko..no właśnie. Jakoś chyba nie dotarło do nas, ze to góry. I w wyższych partiach może być inaczej. I że dzień tez zbliża się ku końcowi.
No i niestety - im wyżej tym było bardziej mglisto, wilgotno i nieprzyjemnie. Ale nie zrażaliśmy się. Szlismy w trójkę - Damian, ja i jego siostra. Dość szybkim krokiem, bo trasa niebyt trudna. Raczej droga dojazdowa do schroniska. Najpierw asfalt, później płyty z cementu, później kratki z cementu a później już zwykła, ubita droga. Ale i tak doszliśmy tam przed zmrokiem.
Schronisko pod Klimczokiem
 Turyści :)
Weszliśmy na szczyt, później zeszli do schroniska. Tam posiedzieli, wypili gorącą herbatę (podawali ją w szklankach!!!). I trzeba było wracać... A powrót był dość ciekawy.
Oczywiście wracaliśmy po zmroku. Ale spokojnie - latarka była, droga w miarę oświetlana. Jednak mieliśmy - przewodnika. Rudego, futrzastego.
To kot, który najprawdopodobniej mieszkał w schronisku. Gdy przyszliśmy do schroniska - pojawił sie nie wiadomo skąd. Podszedł, zaczął się łasic. Otrzymał swoja porcje pieszczot i, jak to kot, poszedł swoja drogą. I kto by przypuszczał - gdy wyszliśmy ze schroniska, pojawił się równie podobnie. Tylko tym razem miauczał. Jakby chciał nam powiedzieć: Pokaże wam jak wracać. I rzeczywiście ... szedł przed nami bardzo ważny, z zadartym w górę ogonem. Zatrzymywał sie przed każdym drzewem, na którym był wymalowany znak szlaku, opierał się przednimi łapami o pień i miauczał. Chyba dawał nam do zrozumienia, ze mamy szukać właśnie takiego znaku. Trochę martwiliśmy się, jak sobie poradzi tak daleko od schroniska. Ale, gdy doszliśmy do miejsca, gdzie droga z ubitej przechodziła w cementowe, ażurowe płyty, nasz "przewodnik" miauknął i.... zniknął w mroku. Widocznie doszedł do wniosku, ze dalej dojdziemy już bez przeszkód do centrum Szczyrku.
Niesamowite? Może. Ale prawdziwe. Gdy byliśmy w styczniu na Klimczoku (słynny powrót, gdy wiała Trudzia), nie spotkaliśmy naszego Futrzaka. Może odprowadzał innych turystów?

21:01

Zaniechanie...

Blog żyje swoim życiem, gdy jest pisany. Mija dokładnie miesiąc od ostatniego wpisu. W kolejce czekają następne wyjazdy, na których byliśmy. Jednak praca, obowiązki czasami powodują, ze nie ma się siły na nowe wpisy. Dlatego proszę o cierpliwość, postaram się o nowe zapiski.

22:02

Skrzyczne. Romantyzm w czystej postaci.

Skrzyczne. Romantyzm w czystej postaci.
To był trzeci wyjazd w góry. Już nie pamiętam, co spowodowało, ze pojechaliśmy.... Aaaa, przepraszam - pamiętam. Na Giszowcu miał miejsce Jarmark przedświąteczny. Chęć ucieczki od hałasu, jarmarczności spowodował, ze zapadła decyzja "Jedziemy". Wybór padł na Skrzyczne i Szczyrk
Wyjeżdżaliśmy dość późno, bo dopiero ok 13/14 z Katowic. Ale droga nie była zakorkowana. Trochę pobłądziliśmy na zjeździe, jednak szybko zorientowaliśmy się w błędzie i wjechałam na dobra drogę (jechałam ja moja Kijanką). Szczyrk to "miasto przy jednej drodze", nie sposób tam pobłądzić. Parkuje się przy głównej, przelotowej drodze, trzeba tylko znaleźć miejsce na chodniku (sa też parkingi, ale my skorzystaliśmy z pierwszej opcji). I to nie w ramach oszczędności, po prostu Damian powiedział:
- Tu parkuj -
zatem wjechałam na chodnik, wyrównałam i wygasiłam silnik. Zgodna dziewczyna jestem.

22:02

Szyndzielnia po raz drugi

Szyndzielnia po raz drugi
Zbyt długo siedzieliśmy na nizinach. Zbyt długo. Poprzednie dwa weekendy spędziliśmy "kulturalnie" - kino (nowy film Tarantino) i koncert w filharmonii ( Muzyka videogames i Superheros). Ten weekend miał być organizowany na zasadzie: "Zobaczymy..." Nie znoszę tego słowa, dla mnie to jakoś niedoprecyzowane. Ale już się nie buntuję. Poza tym - moje kolano wymaga odpoczynku, bo już nawet po schodach wchodzę wolno. Zatem jeśli już wyjazd to kulturalnie i spokojnie...
Tiaaa... spokojnie... Gdybym nie zrobiła sklejki zdjęć z Zakopanego - może byłoby i spokojnie.
Rozmawialiśmy od rana na fcb, a główny temat rozmów - co robimy. I w końcu podała decyzja: Jedziemy do Bielska (moim autkiem), kolejką linową wjeżdżamy na Szyndzielnię, pokręcimy się po szczytach, a potem schodzimy czerwonym szlakiem.No to jedziemy.

21:40

Czy warto chodzic dla kawałka blaszki?

Czy warto chodzic dla kawałka blaszki?
Blog żyje swoim życiem, gdy są na nim wpisy.
Jest wtorek, prawie środek tygodnia. Dziś może kilka słów nt. pasji. Różnych pasji.
Nie będę wdawała się w dywagacje, co jest lepsze, a co gorsze. Dla mnie ważne jest to aby się czymkolwiek interesować. Mieć ulubiony gatunek muzyki, czytać książki albo dla samej idei czytania, albo wybierać je tematycznie. Rozwiązywać krzyżówki, majsterkować...cokolwiek. Ludzie, którzy nie zajmują się czymś w wolnej chwili.... no jakoś nie przemawiają do mnie. I wiem co pisze, bo miałam z nimi do czynienia.
Mogę pisać o sobie, bo nie wypowiadam się za drugą osobę. Miałam/mam różne zainteresowania. Lubię czytać książki - tematycznie/gatunkowo/autorem. Dziergam na drutach, szydełkuję, zajmuję się decoupage'em. Ale nie jest to systematyczne, raczej gdy najdzie mnie chęć robienia czegoś. Natomiast nie skupiałam się na aktywności fizycznej - wędrówki, wyjazdy i inne. I to też było związane z moim poprzednim życiem.
Dopiero teraz wróciłam do czegoś takiego jak wędrówki po górach, wyjazdy na basen i inne.
Wróciłam, bo gdy chodziłam do liceum w trakcie wakacji jechałam przynajmniej na jeden wędrowny obóz w góry. I "wychodziłam" brązową GOT.

 Moja brązowa GOT
Nawet miałam możliwość zdobycia srebrnej, ale skończyłam liceum,a później zaczęłam inne życie i już nie było ani sposobności, ani chęci. Tzn - chęci może by i były, ale brak motywacji z drugiej strony, stałe niszczenie entuzjazmu. Mniejsza..
U Damiana, było inaczej. Wcześniej był kilka razy w górach, ale nie na tyle, aby zacząć zbierać punkty. I dopiero gdy  w zeszłym roku wchodził na Babią, zobaczył w schronisku na Markowych Szczawinach książeczkę GOT. Spodobała mu się, kupił za bajońską sumę... 5 złotych i tak się zaczęło. Zapalił się do wychodzenia punktów na brązową i mieliśmy lekki maraton, ale udało się. Teraz tylko weryfikacja punktów i będzie miał taką samą.

20:26

Gdy przychodzi sie 5 minut później...

Gdy przychodzi sie 5 minut później...
Po przyjeździe z Zakopanego odpoczywaliśmy. Jakoś tak ogarnął nas... No sama nie wiem co nas ogarnęło. Ale po tygodniu coś się zaczęło dziać. Przynajmniej u mnie. Przypominało mi to uczucie jakiego doznawała bohaterka "Czekolady", kreowanej przez Juliette Binoche. Jakiś niepokój, chęć wyjechania.
Początkowo myśleliśmy o wyjeździe do hotelu Gołębiewski w Wiśle. Basen, sauna, jacuzzi. Bardziej odpocząć. Ale w piątek 11 grudnia,Damian wpadł na pomysł, aby przy okazji "zaliczyć górkę". Zgodziłam się. Ale żeby nie była to wersja hardcorowa, mieliśmy wjechać na Czantorię kolejką krzesełkową a ze stacji przejść na Wielka Czantorie, potem na czeską stronę, a stamtąd zejść do Ustronia niebieskim szlakiem. Plan prosty i jasny. No to jedziemy.
W sobotę rano ja jeszcze malowałam sufity u siebie, a Damian kończył zlecenia ze swojej firmy.Trochę u niego potrwało i przyjechał po mnie dopiero przed 15. Ruszyliśmy do Ustronia drogą 81. Damian prowadził. Trasa mijała nam spokojnie, rozmawialiśmy o wszystkim i niczym - takie... pogadywanie w trakcie jazdy.
Przyjechaliśmy na miejsce, zaparkowali na parkingu a opłatę uiścili w pobliskim sklepie - 6 złotych. Spokojnie - mimo, że była to sobotę po południu, pani ze sklepu wyszła, abyśmy jej nie uciekli - ech ci górale... byle tylko dutki płyną.
Ja poszłam przodem, aby kupić bilety na kolejkę. Tak coś mi mówiło, ze możemy obejść się smakiem. I..nie myliłam się. Spóźniliśmy się...5 minut. I nie było zmiłuj - nie zrobiono wyjątku i koniec. No to nie! Jak już tu jesteśmy, to idziemy na szczyt szlakiem czerwonym.

 mapka trasy
mapka pochodzi ze strony : http://www.szlaki.net.pl/kalkulator.php

22:06

14 października 2015r. Kraków

14 października 2015r. Kraków
Sposób zapisywania nie ma jakiegoś konkretnego schematu. Po prostu przypomnieliśmy sobie, że przecież byliśmy w Krakowie. Tylko jeden dzień i tylko po południu, ale jednak.
Data wyjazdu też nie była przypadkowa. Ale o tym szaaaa... Pomysłów na spędzenie tego dnia było wiele, ale to w końcu Damian podjął decyzje - jedziemy do Krakowa, cel: Kazimierz! Dzielnica dawniej żydowska. Ponieważ był to środek tygodnia, wiec każde z nas miało jeszcze jakieś zobowiązania w pracy i wyjechaliśmy z Katowic dopiero ok 14.
Dlaczego Kazimierz? Bo mieliśmy kupione bilety na samolot do Izraela... Mieliśmy w Izraelu spędzić dwa tygodnie (w ramach tanich biletów lot w jedną i drugą stronę wyniósł nas..150złotych od osoby). Ale ja nie dostałam bezpłatnego urlopu w pracy i musieliśmy obejść się smakiem. To, ze przy okazji pokłóciliśmy się, to inna para kaloszy. Ale jakoś te nasze kłótnie nie trwają długo. Nie ma sensu kłócić się, bo nie wiadomo, co przyniesie jutro.
Dlatego w ramach rekompensaty pojechaliśmy do Krakowa. I nie pchaliśmy się na A4, która zawsze jest remontowana, a opłaty na bramkach i tak sa pobierane. Jechaliśmy drogą 94. Może nie tak "szybka" jak A4, ale na pewno bardziej ciekawa i nie tak nudna.

10:17

Pierwszy poważny wyjazd - Zakopane.

Pierwszy poważny wyjazd - Zakopane.

Czy ludzie łączą się na zasadzie przeciwieństw czy podobieństw? To chyba nie jest istotne. Istotne jest czy potrafią przebywać ze sobą, tolerować siebie i swoje zachowanie podczas wspólnych wyjazdów.  To moja opinia potwierdzona wyjazdami z innymi ludźmi. Z ludźmi, których rzeczywiście poznałam w trakcie tych wyjazdów. Tak od podszewki. Dokładnie. I te wyjazdy okazały się wielkimi rozczarowaniami.
Już sama nie wiem, jak doszło do tego wyjazdu. Tzn. wiem, że to był pomysł Damiana. Napisał mi, gdy byłam w pracy, ze ogląda mapę Tatr, trasy, szlaki. Delikatnie zapytałam: w jakim celu i kiedy ma to zamiar urzeczywistnić. I tak zrodził się pomysł wyjazdu do Zakopanego.  W góry! Ja, która byłam przeciwniczką zimowych wyjazdów.
Oczywiście – wszystko zależało od pogody. Ta zmieniała się niczym Księżniczka. Kaprysiła,  grymasiła, obrażała się.  A dla nas, przynajmniej dla mnie, była wiążąca. Jeśli nie utrafiła w moje wolne w pracy – koniec. Nie mogłam tego zmienić. Dlatego dziennie śledziliśmy witryny pogodowe prosząc wszystkie siły czyste i nieczyste, aby stało się COŚ i pogoda się ustabilizowała.
Zapadła wreszcie decyzja – jedziemy we wtorek 24 listopada wieczorem/późnym wieczorem, bo ja dopiero wtedy wrócę z pracy. Wyjazd będzie trzy lub czterodniowy, bo w zasadzie pierwszego dnia się nie uwzględni – przyjedziemy późno.
Początkowo mieliśmy nocować w Hostelu http://www.mtbhostel.pl/.
Nocleg miał nas wynieść 39 złotych od osoby za noc. Hostel... no cóż, zapytałam czy mogę poszukać coś innego. Ja nie dam rady?! W jedno popołudnie znalazłam noclegi w Kościeliskach, w Willi Sasanka
http://www.willasasanka.infoturystyka.pl/oferta/
Miejsce prezentuje sie tak:

  Sama willa Sasanka i widok z okna naszego pokoju
 Polecamy tę kwaterę, gospodarze sympatyczni, warunki dobre. Bez podgrymaszania i pretensji zgodzili się na nasz przyjazd ok 23 we wtorek. Cena też przystępna - wstępnie miała być 40 złotych za nocleg od osoby, ale udało mi się ugadać z gospodynią do 35 złotych. Willa/dom ma miejsce do parkowania (co np dla mnie jest ważne), kuchnię, w której można przygotować swoje posiłki. Oczywiście pokój z łazienką. Jedynym minusem było to, ze chyba na noc zmniejszane jest ogrzewanie. Albo tylko my mieliśmy takie wrażenie. Ale woda w kranie ciepła, czysto i to jest najważniejsze.

02:00

30 sierpnia 2015r. Jezioro Żywieckie i Zalew Goczałkowicki.

30 sierpnia 2015r. Jezioro Żywieckie i Zalew Goczałkowicki.
Upalny koniec wakacji. Wcześniej umówiliśmy się, że trzeba podsumować ich koniec, pogoda w sam raz, wiec można "polatać na moto". I już widzę grymas na twarzy i słyszę komentarz: dawcy. Wiec od razu uciszam dyskusję - to pasja. Taka jak inne, albo się to czuje albo nie. Jednych ekscytują wyścigi samochodowe, inni wybierają wakacje pod palmami, w hotelu, przy basenie hotelowym. My wybraliśmy ten rodzaj pasji.
Ja pierwszy raz po latach wsiadłam na moto. I to na taki rodzaj. Jednak wieloletnie wbijanie mi do głowy, że na moto nawet w upał jedzie się ubranym - dało efekty. Parę dni wcześniej przeszłam krótki kurs szkolenia, jak się zachować, jak układać do zakrętów, gdzie opierać dłonie. Damian jeździ spokojnie, co nie znaczy że wolno. Ale można mu zaufać.
Przyjechał po mnie ok 14.00. Nawet nie pytałam, jaką trasą jedziemy, bo to nie moja działka.
Dość, że podroż to było TO (przynajmniej dla mnie). Lekki dreszczyk emocji, gdy kierowca audi combi uparcie nie chciał zrobić miejsca na wąskiej drodze na górę Żar, bo przecież "dawcy" to inny rodzaj użytkowników dróg.
I tylko dokręcenie manetek, redukcja biegów, moje zamknięte oczy i audii zostało za nami.
A na samym szczycie góry Żar.... widok miliard (jak mówi Damian)


23:02

Zaczynamy

No to zaczynamy wspólne tworzenie bloga. Chcemy, aby znalazły się tutaj relacje z naszych wyjazdów (wspólnych lub pojedynczych), wskazówki dla innych, cenne porady.
Aby można było przeczytać nie tylko o wędrówkach, ale i wyjściach do kina, filharmonii, teatru. Spacerach po najbliższych okolicach miejsc naszego zamieszkania.
A czasami tylko przemyślenia na temat tego, co spotkało nas podczas podróży, wyjazdu, wycieczki.

Zapraszamy. :)

Sami i Dam
Copyright © 2016 W drodze , Blogger